Edda przez kilka sekund stała nieruchomo, patrząc raz na Leona, raz na Livię. W powietrzu unosiła się mieszanka kwaśnego, taniego perfumu i zapachu piwa, a w jej żołądku zalegał ciężki, obcy ucisk — ale nie był to strach. To była nowa, chłodna i stanowcza pewność, jakiej nie czuła nigdy dotąd.
Leon zrobił krok w jej stronę, unosząc ręce w przesadnym geście.
— No daj spokój, Edda, nie dramatyzuj. To nie to, o czym myślisz. Ona tylko mi pomaga…
— Układać twoje życie? — przerwała mu spokojnie, sama zaskoczona własnym tonem. — A może twoje ubrania? Albo twoje kłamstwa?
Livia teatralnie przewróciła oczami, jakby była świadkiem jakiejś banalnej sceny z taniej telenoweli.
— Leon, chodźmy już, serio. Nie chcę słuchać takiej dramy.
Edda zrobiła krok w jej kierunku — nie agresywnie, ale tak zdecydowanie, że dziewczyna odskoczyła odruchowo.
— Masz rację, Livia. Powinnaś wyjść. Teraz.
Jej głos nie podnosił się, nie drżał — był po prostu niepodważalny. Takiego tonu nie słyszał od niej nigdy ani Leon, ani ona sama.
Livia bez słowa chwyciła torebkę. Przechodząc obok Eddy, mruknęła cicho, zawstydzona:
— Przepraszam…
Po chwili już jej nie było. Szybkie kroki odbiły się echem na klatce schodowej.
Drzwi ledwo zdążyły się zamknąć, kiedy Leon eksplodował:
— Zwariowałaś?! Jak śmiesz wyrzucać mojego gościa?!
— Twojego gościa? — Edda wciągnęła powietrze głęboko. — W moim domu? W moim łóżku? W moim życiu? Leon, to ty przekroczyłeś wszystkie granice.
Leon machnął ręką, zirytowany.
— Nic nie rozumiesz. Ja… potrzebuję spokoju. Kogoś kobiecego, miłego, czułego. Ty jesteś wiecznie zmęczona, ponura, nieobecna. Co miałem zrobić?
Edda patrzyła na niego długo. Nie było w niej furii ani łez. Tylko stara, nagromadzona latami rezygnacja.
— Chcę, żebyś odszedł. Tyle.
Leon roześmiał się głośno, przekonany, że żartuje.
— Dokąd niby? Tu mieszkam. To mój dom.
Edda schyliła się do małej szuflady pod stolikiem nocnym i wyjęła cienką teczkę z dokumentami. Położyła ją na stole przed nim.
— Czytaj. Akt własności. Oświadczenie notarialne. Dokumenty od mojego ojca. Mieszkanie jest wyłącznie na mnie. Ty nie widniejesz nigdzie.
Twarz Leona pociemniała.
— Naprawdę chcesz mnie wyrzucić?!
— Nie chcę — spojrzała mu prosto w oczy. — Muszę.
Między nimi zapadła gęsta, dławiąca cisza. Leon zaciskał i rozluźniał pięści, jakby szukał odpowiednich słów, ale żadnych nie potrafił znaleźć.
— Nie mam dokąd pójść! — wybuchł nagle. — Co mam zrobić?!
— Właśnie mówiłeś, Leon. Iść do Livii.
Jego spojrzenie pękło. Edda wiedziała, że trafiła w jedyne miejsce, które zawsze chronił — w jego dumę.
— Jeśli teraz wyjdziesz, nie wracaj. Nie grożę. Mówię prawdę. Między nami koniec.
Leon próbował jeszcze szukać w jej twarzy śladu zawahania. Nie znalazł nic. Kobieta stojąca przed nim nie była tą samą, którą przywykł przytłaczać.
W końcu zaczął chaotycznie pakować swoje rzeczy do plecaka, mamrocząc przekleństwa. Ubrania wrzucał byle jak, głośno sapnął, otwierając i zamykając szafki. Edda jednak nie reagowała. Nie było już na co reagować.
Gdy przechodził obok niej, rzucił pełne gniewu:
— Pożałujesz tego.
Edda odparła cicho, ale stanowczo:
— Uwierz… długo żałowałam, że nie zrobiłam tego wcześniej.
Drzwi trzasnęły tak mocno, że echo jeszcze chwilę drżało w ścianach.
A potem zapadła cisza.
Nowa. Nie przytłaczająca. Uwalniająca.
Edda powoli usiadła. Po raz pierwszy od miesięcy czuła, że powietrze w pokoju nie dusi. Kanapa wciąż pachniała intensywnym perfumem Livii, ale teraz miało to znaczenie jeszcze mniejsze niż nic. To było jej miejsce. Jej przestrzeń. Jej początek.
Telefon zawibrował.
Marlen:
„Edda? Potrzebujesz czegoś?”
Edda uśmiechnęła się — po raz pierwszy tego wieczoru szczerze.
„Tak. Spokoju. I wreszcie go mam.”
Wstała, szeroko otworzyła okna i pozwoliła nocnemu, listopadowemu chłodowi przewiać wszystkie resztki tego, co do niej nie należało.
Następnego dnia czekała ją ta sama praca. Ci sami ludzie. Te same problemy.
Ale nie to samo życie.
Bo jej życie zaczynało się właśnie teraz.