Livia starła łzy wierzchem dłoni, po czym wyprostowała ramiona. Jej spojrzenie nagle się przejaśniło, jakby gruba zasłona zamglenia właśnie się rozdarła. Kasper dostrzegł tę zmianę i po raz pierwszy tego wieczoru w jego oczach pojawił się cień niepewności.
— Czego niby nie przewidzieliśmy? — burknął, próbując zachować pozory kontroli.
Livia wzięła głęboki oddech, z tak spokojną pewnością siebie, że aż go to zaniepokoiło.
— Tego, że nie jestem tak naiwna, jak ci się wydaje — powiedziała powoli, akcentując każdą sylabę.
Podeszła do kredensu, otworzyła górną szufladę i wyjęła z niej gruby, niebieski segregator. Położyła go na stole między nimi. Kasper spoglądał na niego z rosnącym napięciem.
— Co to jest?
— Wszystko, co próbowałeś przede mną ukryć. W ostatnich miesiącach, kiedy stałeś się… zdystansowany, zaczęłam sprawdzać pewne rzeczy. Dokumenty, wiadomości, przelewy. I wiesz co? Zauważyłam, jak wypłacałeś pieniądze z kont firmy. Jak fałszowałeś podpisy. Jak próbowałeś przenieść udziały na siebie.
Kasper przełknął ślinę tak głośno, że aż to rozbrzmiało w kuchni.
— Nie masz na to żadnych dowodów.
Livia przesunęła segregator w jego stronę.
— Mam. I to nie wszystko. Rozmawiałam już z prawnikiem. Właściwie z dwoma. Zlekceważyłeś nie tę osobę, co trzeba. Firma jest na mnie. Konta są na mnie. To, co zrobiłeś… to klasyczne przywłaszczenie środków.
Twarz Kaspera pobladła jak kreda.
— Livia, poczekaj… możemy o tym porozmawiać…
— Oczywiście, że możemy. Tylko nie o tym, o czym myślisz. Chciałam jedynie dać ci szansę odejść z odrobiną godności. Ale skoro próbujesz wyrzucić mnie z mojego własnego domu… to nie zostawiasz mi innego wyboru.
Usiadła naprzeciwko niego, spojrzenie miała zimne jak stal.
— Mówiłeś, że odchodzisz dla prawdziwej miłości. W porządku. Idź. Ale z pustymi rękami. Mieszkanie zostaje moje. Firma zostaje moja. Samochód — również. Ty wychodzisz tylko z tą walizką, z którą się tu wprowadziłeś.
Kasper drgnął. Po raz pierwszy wyglądał jak ktoś mały, zagubiony, pozbawiony pewności siebie.
— Nie możesz tak zrobić…
— Mogę. Bo mam dowody. I dlatego, że — w przeciwieństwie do ciebie — ja naprawdę na to wszystko pracowałam. Ja to zbudowałam. Ty tylko korzystałeś.
Livia wstała i szeroko otworzyła drzwi.
— Masz godzinę, żeby spakować absolutne minimum. Tam są drzwi. Możesz tamtędy wyjść. Ale jeśli spróbujesz mnie zastraszyć… uprzedzam, mój prawnik już czeka, żeby złożyć zawiadomienie.
Kasper stanął w progu, z rozchylonymi ustami, niezdolny wypowiedzieć jakiekolwiek zdanie. W końcu spuścił wzrok. Nie było już w nim aroganckiego uśmiechu. Tylko strach.
— Livia… nie sądzisz, że przesadzasz?
— Przesadzasz wtedy, kiedy kłamiesz, manipulujesz i kradniesz. Ja tylko naprawiam to, co zepsułeś.
Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale Livia uniosła dłoń.
— Dość. Wyjdź.
Drzwi zatrzasnęły się za nim z krótkim, ostatecznym hukiem.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy w domu zapadła cisza. Tym razem nie była to cisza dusząca — lecz uzdrawiająca. Livia oparła się o stół i przymknęła oczy. Łzy, które spłynęły jej po policzkach, nie były już gorzkie. Były oczyszczające.
Wytarła je, odłożyła segregator na miejsce i wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że nadchodzi trudny czas — prawnicy, dokumenty, decyzje. Ale pierwszy raz od dawna czuła, że jej życie znów należy do niej.
I tam, pośrodku kuchni — miejsca, gdzie doznała najgłębszej zdrady — Livia złożyła sobie prostą obietnicę:
„Nigdy więcej nie pozwolę nikomu odebrać mi tego, co zbudowałam własnymi rękami.”