Z pozoru zwykła wizyta dyplomatyczna zamieniła się w scenę, która zaskoczyła nawet doświadczonych korespondentów. Marcin Przydacz, kluczowy człowiek prezydenta Nawrockiego ds. międzynarodowych, znalazł się w samym środku sytuacji, która mogłaby posłużyć za scenariusz do filmu – i to nie dokumentalnego, ale niemal mistycznego.
Waszyngtońska Pennsylvania Avenue 1600. To miejsce, gdzie każde słowo, gest i tło mają znaczenie. To tutaj, pod oknami Białego Domu, polski minister udzielał mediom wypowiedzi na temat przygotowań do przyszłorocznego szczytu G20. Wszystko przebiegało zgodnie z protokołem, aż nagle… czas się zatrzymał.
Zza pleców Przydacza rozległy się znajome dźwięki – nie było to jednak trąbienie taksówki czy syrena policyjna. To był „Mazurek Dąbrowskiego”. Polski hymn, w samym sercu amerykańskiej stolicy, w kompletnie niezaplanowanym momencie.
Minister zamarł, rozejrzał się z niedowierzaniem, a następnie – z wyraźnym wzruszeniem – przerwał wypowiedź i zaapelował do dziennikarzy: „Proszę państwa, hymn Rzeczypospolitej Polskiej. Bardzo się cieszę. Powinniśmy stanąć na baczność”.
Dziennikarze początkowo nie kryli zaskoczenia, ale szybko dało się wyczuć, że są świadkami chwili, która wykracza poza protokół. Marek Wałkuski, doświadczony korespondent Polskiego Radia, postanowił zbadać sprawę.
Okazało się, że za całym zajściem stał… przypadkowy mężczyzna z głośnikiem. Na pytanie, dlaczego zagrał właśnie polski hymn, odpowiedział krótko: „To Bóg mnie do tego zainspirował”.
To nie była żadna oficjalna ceremonia, nie było polskiej orkiestry ani wojskowej oprawy. Był głośnik, człowiek i nieoczekiwana decyzja. Czy to był test? Zbieg okoliczności? A może znak?
Dla wielu obecnych nie ulegało wątpliwości: w tej scenie było coś większego.