— Trzy zl, powiedziała spokojnie Elena. Dokładnie trzy zl.
Kupująca zamrugała dwa razy.
— Dziennie?
— Nie. W sumie.
Wpisała, potwierdziła, a następnie podała jej dodatkową kartę. Prawdziwa karta, ta z prawdziwymi pieniędzmi, była teraz chroniona. Druga była tylko przynętą.
Elena wyszła z banku z bijącym sercem, ale wyprostowanymi plecami. Miasto tętniło życiem. Ludzie szli do pracy, na zakupy, do swojego normalnego życia. Tylko ona wiedziała, co ją czeka.
Za pięć dziewiąta telefon zawibrował.
„Jesteśmy przy bankomacie”.
Nie odebrała.
Za pięć dziewiąta:
„Nie działa. Pisze, że brakuje środków”.
Elena na sekundę zamknęła oczy. Poczuła ulgę.
Za dziesięć dziewiąta zadzwonił Andriej.
— Użyłaś karty? — zapytał bez powitania.
— Nie. Dlaczego?
— Mama mówi, że na karcie są tylko trzy zl!
— Więc może tak było — powiedziała cicho Elena.
W tle słychać było ostry, nerwowy głos teściowej.
— Co masz na myśli mówiąc trzy zl?! Były dziesiątki tysięcy! Oszukałaś nas!
— Nie oszukałam cię — powiedziała Elena. — Zostawiłam ci dokładnie tyle, ile według ciebie była warta moja praca.
Wieczorem Andriej wrócił do domu zdenerwowany. Próbował tłumaczyć, minimalizować, mówić, że „to był tylko plan”, że „rodzina chciała jak najlepiej dla wszystkich”.
Elena słuchała go w milczeniu. Potem wyjęła z szuflady jakiś papier.
— Pozew rozwodowy.
— Żartujesz…
— Nie. Wybrałaś kradzież we śnie. To nie jest rodzina.
Następnego dnia teściowa pojawiła się w drzwiach. Płakała, krzyczała, groziła, że „wszystko się wyda”.
— Niech się okaże — powiedziała spokojnie Elena. — Nie mam nic do ukrycia.
W ciągu miesiąca Elena przeprowadziła się do małego mieszkania, ale tylko swojego. Rozpoczęła remont dokładnie tak, jak chciała, bez niechcianych opinii, bez nacisków.
Pieniądze zostały u niej.
Jej godność też.
I po raz pierwszy od dawna zasnęła spokojnie. Bez strachu. Bez szeptów. Bez zdrad w ciemności.