Po zaprzysiężeniu Karola Nawrockiego na prezydenta RP gratulacje złożył mu Wołodymyr Zełenski, deklarując chęć „konstruktywnego i bezpośredniego dialogu”. W Kijowie te słowa odebrano poprawnie, lecz bez entuzjazmu — kampania Nawrockiego budziła tam obawy, szczególnie jego wypowiedzi o braku miejsca dla Ukrainy w UE i NATO „dopóki nie zostaną rozwiązane nasze sprawy historyczne”.
Część ukraińskich komentatorów nazywała go wręcz „ukrainofobem” czy „polskim Janukowyczem”. Dziś ton jest ostrożniejszy — Kijów liczy, że kluczowe kwestie, jak pomoc wojskowa, pozostaną niezmienione, choć nikt nie spodziewa się „chemii” na miarę relacji Zełenski–Duda.
Sygnałem poprawy były m.in. wspólne polsko-ukraińskie ekshumacje we Lwowie tuż przed zaprzysiężeniem nowego prezydenta, co uciszyło część sporów historycznych. Kolejnym pozytywem okazał się skład kancelarii prezydenta — brak Przemysława Czarnka i nominacja Marcina Przydacza oceniono w Kijowie jako ruch sprzyjający dialogowi.
Mimo to temat Wołynia pozostaje „bumerangiem”, szczególnie po uchwaleniu w Polsce Narodowego Dnia Pamięci o ofiarach ludobójstwa OUN-UPA. Kijów obawia się, że Nawrocki może wykorzystywać go do politycznej presji, utrudniając jednocześnie eurointegrację Ukrainy.
Eksperci podkreślają jednak, że geografia i wspólne zagrożenie ze strony Rosji wymuszają współpracę. Ukraina stawia na „program minimum” – unikanie eskalacji, równy dialog i stopniowe odbudowywanie zaufania. Prace ekshumacyjne, inicjatywy biznesowe i pragmatyczne podejście do sporów mają być fundamentem przyszłych relacji.