Od kiedy Karol Nawrocki pojawił się w Białym Domu, polska polityka zagraniczna pękła na pół. Prezydent, ignorując ustrojowe ograniczenia, forsuje własne wizje – często sprzeczne z linią rządu i unijnym konsensusem. Najnowszym przejawem tej niezależnej polityki jest wystąpienie w Pradze, które wywołało konsternację nie tylko w Warszawie, ale i w europejskich stolicach.
Za kulisami prezydenckiej ofensywy stoi Jacek Saryusz-Wolski – polityk, który z euroentuzjasty przeobraził się w jednego z najbardziej krytycznych wobec UE komentatorów. Dziś to on nadaje ton prezydenckiej retoryce. Propozycje Nawrockiego – m.in. zniesienie stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i ograniczenie możliwości nominacji unijnych liderów bez poparcia własnego rządu – to de facto rewanż Saryusza-Wolskiego za porażkę z Donaldem Tuskiem i symboliczna próba rewanżu za wynik 27:1 z 2017 roku.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski nie kryje irytacji – publicznie punktuje konstytucyjne nadużycia prezydenta i przypomina, kto zgodnie z prawem prowadzi politykę zagraniczną. Ale Nawrocki, wspierany wysokim poziomem zaufania społecznego, zachowuje się tak, jakby to on rozdawał karty w Brukseli.
Rezultat? Grozi nam nie tylko wewnętrzny chaos kompetencyjny, ale też utrata wiarygodności w oczach sojuszników. W momencie, gdy Europa potrzebuje jedności wobec rosnących globalnych zagrożeń, Polska serwuje partnerom scenariusz rozszczepienia decyzyjnego.