Donald Trump obiecywał Amerykanom, że sprawi, iż ich kraj znów zacznie wygrywać tak często, że aż im się to znudzi. Ale dziś to nie triumf, a chaos staje się znakiem firmowym jego polityki. Zwłaszcza tej zagranicznej.
W Europie, a szczególnie w Polsce, coraz trudniej nie zadawać sobie pytania: czy Trump traktuje sojusze poważnie? Czy można mu ufać? I czy Ameryka pod jego przywództwem w ogóle wie, czego chce? Odpowiedzi są niepokojące — tym bardziej, że polska klasa polityczna wciąż stawia wszystko na jedną kartę: ideologiczną bliskość z ruchem MAGA, zamiast budować realne narzędzia wpływu.
Ostatnie tygodnie to jazda bez trzymanki. Trump zmienia zdanie ws. Rosji co kilka dni, jego otoczenie wysyła sprzeczne sygnały, a najnowsze przecieki sugerują, że “pokojowy plan” ws. Ukrainy powstał poza Departamentem Stanu — z udziałem prorosyjskich doradców prezydenta. Tak wygląda dyplomacja pisana na kolanie.
To samo dotyczy polityki celnej. W teorii – ma sprowadzić przemysł do USA. W praktyce? Zniechęca sojuszników, szkodzi konsumentom, a miejsca pracy w sektorze przemysłowym… znikają. Amerykańska gospodarka odczuwa inflacyjne skutki, a efekty reform pozostają niewidoczne.
W relacjach międzynarodowych Trump zachowuje się jak “zły sąsiad”. Zraził Kanadę, groził Meksykowi, chce ingerować zbrojnie w Wenezueli. I choć krytykował wcześniejsze amerykańskie interwencje, dziś sam flirtuje z tym samym scenariuszem — tylko pod innym sztandarem.
Europa, choć zaczyna rozumieć, że nie może polegać wyłącznie na USA, wciąż nie jest gotowa na pełną samodzielność. A Polska? Część jej polityków dalej wierzy, że wystarczy być “ideologicznie blisko”, by Trump nie odwrócił się plecami.
Tymczasem Trump już raz pokazał Zełenskiemu, że nie uznaje żadnych sentymentów. Dziś, kiedy wrócił do gry, to samo ryzyko dotyczy wszystkich – także nas.