Viktor Orban, premier Węgier, po cichu poleciał do Moskwy, z pominięciem sojuszniczych przestrzeni powietrznych. Towarzyszyła mu rządowa świta i przedstawiciele biznesu. Oficjalnie chodziło o tanią energię, ale węgierscy eksperci nie mają złudzeń: ceny gazu i paliwa na Węgrzech są dziś wyższe niż w Polsce. Gospodarcza opowieść to tylko przykrywka.
Od lat Orban pielęgnuje relacje z Władimirem Putinem. To już ich 15. spotkanie, a przemiana Orbana – z krytyka Kremla w lojalnego sojusznika – budzi podejrzenia. Pojawiają się plotki o kompromitujących materiałach, które Rosjanie mają mieć na węgierskiego lidera.
W kraju Orban traci grunt pod nogami. Partia Tisza i jej charyzmatyczny lider Peter Magyar zyskują na popularności, zapowiadając polityczne czystki po wygranych wyborach. Obóz rządzący próbuje więc utrzymać władzę za wszelką cenę – nawet kosztem izolacji w Europie. Bruksela zamroziła miliardy euro dla Węgier, a jedyną szansą Orbana na przetrwanie może być zastrzyk energetyczny z Rosji. Mechanizm przypomina putinowski model oligarchicznej lojalności, tyle że zamiast dochodów z surowców, Orban rozdawał unijne fundusze. Teraz kurek jest zakręcony, a bez pieniędzy trudno prowadzić kampanię.
Czy Putin uratuje ostatniego swojego sojusznika na Zachodzie? Wszystko wskazuje na to, że Orban nie ma już nic do stracenia. Gra o wszystko – polityczną przyszłość, wolność, a może i o przetrwanie własnego układu.