Viktor Orban po raz kolejny udał się do Moskwy – oficjalnie po „gwarancje energetyczne” dla Węgier. W praktyce jednak chodzi o znacznie więcej niż tylko gaz i ropę. Choć Unia Europejska konsekwentnie stara się ograniczyć zależność od rosyjskich surowców, Orban idzie pod prąd – i to z pełną premedytacją.
Węgry wciąż są jednym z głównych europejskich odbiorców rosyjskiej ropy – niemal 90 proc. importu płynie południową nitką ropociągu „Przyjaźń”. Z kolei gaz ziemny z Rosji trafia na Węgry głównie przez TurkStream. Tylko w 2025 roku Budapeszt planuje ściągnąć nawet 8,5 miliarda m³ tego surowca. A to jeszcze nie wszystko.
Orban buduje też z Rosjanami elektrownię atomową Paks II – pierwszy taki projekt Rosatomu na terenie Unii Europejskiej. Mimo sankcji, zarówno KE, jak i amerykański Departament Skarbu robią wyjątki dla tego kontraktu. Oficjalnie chodzi o energetykę, ale udział Gazprombanku i innych rosyjskich instytucji finansowych pokazuje, jak głęboko sięgają te więzi.
Dlaczego Orban wciąż gra na dwa fronty? Oficjalnie chodzi o interesy Węgier. Nieoficjalnie – o polityczne przetrwanie i strategiczne kalkulacje, które stawiają go bliżej Kremla niż Brukseli.