Właśnie wtedy się zatrzymał.
Koń lekko zaszeleścił mu w uszach, wyczuwając napięcie, ale Radu nawet tego nie zauważył.
Gabriel była tam, pochylona nad dużą drewnianą belką, w prostej sukience podwiniętej pod brzuch.
Było jasne, że jej ciąża jest ciężka, prawie dobiega końca.
A coś w jej spojrzeniu – uparte, ale zmęczone – uderzyło go w serce niczym cegła.
Radu powoli zsiadł z konia.
Walentyna, elegancka i nienaganna nawet w siodle, zamarła.
— Kim jest ta kobieta? — zapytała zirytowana.
Ale Radu nawet jej nie odpowiedział.
Zbliżała się powoli, drobnymi krokami, jakby bała się, że jeden zły ruch może wszystko rozwalić.
— Gabriela… — powiedział zduszonym głosem.
Wstała, ciężko dysząc, i spojrzała na niego.
Nie z nienawiścią. Nie z miłością. Z dawnym zmęczeniem, które zdawało się ciążyć na jej barkach od miesięcy.
— Cześć, Radu — powiedziała spokojnie, jakby rozmawiała z obcym człowiekiem.
Jego wzrok powędrował na brzuch.
Przełknął ślinę.
— Mój?
Gabriela nie odpowiedziała od razu.
Spojrzała na Walentynę, a potem z powrotem na Radu.
— Tak, twój. Ale nie musiałeś wiedzieć, prawda?
Słowa padały między nimi jak siekiera na pień.
Walentina zrobiła krok naprzód, oburzona:
— Jak śmiesz wymyślać takie historie? Radu nie ma wobec ciebie żadnych zobowiązań!
Gabriela patrzyła na nią długo, po czym otarła czoło rękawem.
— Niczego od niego nie chcę — powiedziała po prostu.
Ale w oczach Radu pojawił się niepokój, jakiego nigdy wcześniej nie czuł.
Nie chodziło o interesy, ekspansję, pieniądze. Chodziło o dziecko.
Jego.
— Czemu mi nie powiedziałaś?
Gabriela westchnęła.
Głębokie, gorzkie westchnienie, jakie mogą wydać tylko porzucone kobiety.
— Przyszłam. Ale nie chciałaś mnie widzieć. Albo… ktoś nie chciał mnie wpuścić.
Valentina nagle się zarumieniła, ale nie powiedziała ani słowa.
— Gabrielo, powinnaś była nalegać! — powiedział Radu niemal rozpaczliwie.
— Radu… Nie biegnę za nikim. Ani za tobą, ani za nikim innym. Chciałaś innej drogi, sama ją wybrałaś. Nie powstrzymałem cię.
Znowu położyła rękę na drewnie, ale Radu ją powstrzymał.
— Proszę, nie podnoś jej. Zostaw mnie w spokoju.
Po raz pierwszy od miesięcy wzrok Gabrieli nieco złagodniał.
To nie było przebaczenie.
To było po prostu… zmęczenie.
Radu wziął drewno i zaniósł je na ganek domu.
Gabriela szła powoli za nim, opierając rękę na brzuchu.
— Jak się masz? — zapytał ze szczerą troską.
— Jak najlepiej potrafię. Dziadek Victor mi pomaga. Ciocia Carmen pilnuje mnie z ciężarem. Dziecko ma się dobrze.
— Chcę być częścią… — próbował powiedzieć.
Gabriela urwała.
W jej oczach widać było walkę: między bólem, dumą i nutą nadziei, którą próbowała odepchnąć.
— Radu, nie wiem, co masz na myśli, ale nie będę się już wtrącać w czyjeś gierki. Dziecko będzie miało ojca, owszem, ale nie zamierzam psuć sobie spokoju kolejnym skandalem.
Walentyna, która została przy koniu, wściekła się, pociągając nosem.
— Radu, idziesz? — zapytała ostro.
Ale spojrzał na nią z wyrazem twarzy, jakiego Walentyna nigdy wcześniej nie widziała: determinacją.
Determinacją, która pokrzyżowała jej plany.
— Idź do domu, Walentynko.
— Co masz na myśli mówiąc „odejdź!” Radu, za dwa miesiące bierzemy ślub!
— Rozmawiamy w domu. Teraz… Muszę tu być.
Walentyna wsiadła na siodło, mamrocząc coś pod nosem, ale Radu nawet nie spojrzał na nią, kiedy odchodziła.
Odwróciła się do Gabrieli.
— Nie chcę cię do niczego zmuszać. Ale chcę być obecna. Przynajmniej tyle.
Gabriel spuściła wzrok.
I po raz pierwszy od wielu miesięcy pozwoliła sobie na zmęczenie.
Opuścić tarczę.
— Dobrze… ale nie obiecuj tego, czego nie możesz dotrzymać. To dziecko nie potrzebuje pustych słów.
Radu skinął głową.
— To nie będą słowa. Obiecuję.
I tego dnia, na podwórku domu, w którym kiedyś byli szczęśliwi, dwa życia powoli się ułożyły, niczym elementy układanki.
Nie idealnie, nie bez bólu, ale w sposób, który przyniósł spokój.
Bo czasami w życiu prostych ludzi zakończenia nie są spektakularne.
Są szczere.
I są dokładnie tym, czego potrzeba, by zacząć coś dobrego.