Fikcyjny zakon przykrywką dla handlu pracą? Współpracownik PiS w centrum zaskakującej afery

Kiedy polscy przedsiębiorcy szukają ratunku w zatrudnianiu cudzoziemców, jeden z bliskich współpracowników wiceministra rolnictwa z rządu PiS znalazł sposób, który łamie wszelkie schematy – i jak się okazuje, także zdrowy rozsądek. Dzięki pomysłowi rodem z filmu sensacyjnego, dziesiątki cudzoziemców trafiło do Polski jako… duchowni. I wszystko to działo się z ominięciem przepisów prawa pracy.

W tle – dramatyczny niedobór pracowników i ślamazarne procedury legalizacyjne. W realiach, w których na pozwolenie na pracę czeka się miesiącami, a czasem latami, w sprytnych głowach rodzą się patenty na „legalne” obejście biurokracji. Tak właśnie powstał „Zakon Najświętszej Maryi Panny” – związek wyznaniowy założony nie przez duchownego, lecz przez asystenta polityka PiS – Macieja Lisowskiego.

Pod przykrywką religii do Polski trafiali pracownicy z Azji i Afryki, którzy formalnie zostawali braćmi zakonnymi i „posługiwali” w miejscach takich jak sortownie paczek. Nie było umów o pracę, nie było etatów – były „deklaracje misji” i „umowy posługi”. Pensje wypłacane tylko wybranym, pod warunkiem przepracowania określonej liczby dni. Żadnych praw pracowniczych, za to dużo zależności.

OKO.press ujawniło, że cała operacja opierała się na wykorzystaniu luki prawnej pozwalającej na zatrudnienie duchownych bez konieczności uzyskiwania pozwolenia na pracę. Pomysł był tak prosty, jak bezczelny: cudzoziemiec zostaje misjonarzem „zakonu”, omija biurokrację i ląduje na taśmie produkcyjnej. I choć całość była legalna „na papierze”, w rzeczywistości to klasyczna fikcja – z religią miało to tyle wspólnego, co kask z aureolą.

Ofiary tego systemu często nie wiedziały, że stają się członkami zakonu. O podpisywaniu dokumentów nikt im nie tłumaczył, a o warunkach pracy dowiadywali się na miejscu. Za godzinę pracy otrzymywali nieco ponad 20 zł, ale tylko wtedy, gdy spełnili określone warunki. Odchodzili – pieniędzy nie było.

Choć proceder trwał miesiącami, dopiero teraz wychodzi na światło dzienne. Sprawa stawia niewygodne pytania nie tylko o patologie na rynku pracy, ale też o powiązania polityczne i brak nadzoru nad związkami wyznaniowymi, które stają się narzędziem biznesowego obejścia prawa.

Leave a Comment