Po tej rozmowie coś między nami pękło na dobre. Nie kłótnia. Nie wybuch. Ale ciężka, przytłaczająca cisza.
W kolejnych dniach pani Elisabeta stawała się coraz bardziej uważna. Zbyt uważna. Obserwowała mnie, kiedy wychodziłam z domu, sprawdzała godzinę mojego powrotu, pytała, co jadłam, nad czym pracowałam, czy „nie pracowałam za ciężko na darmo”.
Dwa dni przed Sylwestrem sukienka zniknęła z szafy.
Czułam, że nogi mi się uginają. Szukałam wszędzie. W szafie, garderobie, garażu. Nic.
— Gabi, gdzie jest moja sukienka? — zapytałam go.
— Która sukienka?
— Ta na galę. Ta w torbie.
Wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Zapytaj mamę.
— Zapytałam ją.
— Sukienka? — powiedziała zaskoczona. — Pokojówka musiała ją przesunąć. Albo może oddałaś ją do pralni i zapomniałaś.
Kłamała jak mops. Ale uśmiechała się idealnie.
Znalazłam sukienkę w sylwestra, za szafą w jej pokoju. Zamek błyskawiczny był zepsuty. Materiał był przecięty z boku, jakby przez pomyłkę. Tyle że to nie była pomyłka.
Usiadłam na podłodze i płakałam. Nie z powodu sukienki. Ale dlatego, że w końcu wszystko zrozumiałam.
Tej nocy, kiedy przyszli krewni, sąsiedzi, znajomi, zeszłam do salonu z telefonem w ręku.
— Mam coś do powiedzenia — powiedziałam.
Wszyscy ucichli.
Podłączyłam telefon do telewizora. Włączyłam nagrania. Dźwięk, obrazy. Pani Elisabeta szperała w moim biurze. Brała pałeczkę. Rozmawiała przez telefon.
„Tak, Gabi, bez projektu nie ma szans. Po konkursie przepiszemy dom na ciebie. To tylko kwestia czasu.”
Gabi zbladła.
— Mamo… coś ty zrobiła?
— Zrobiłam, co musiałam! — krzyknęła. — Wszystko moje! I dom, i ty też!
— Nie — powiedziałam spokojnie. — Dom jest mój. Projekt jest mój. A ty… odchodzisz.
Tego wieczoru teściowa wyszła z walizkami, które przywiozła. Gabi wyszła po niej.
Tydzień później otrzymałam wiadomość: wygrałam „Złotego Draftu”. Mój projekt został doceniony właśnie za oryginalność.
Dom nadal jest na mnie. Moje życie znowu należy do mnie.
A Nowy Rok… zaczęłam go bez nich. I po raz pierwszy w spokoju.