Następnego dnia, punktualnie o szóstej, Andriej był już na nogach, z podwiniętymi rękawami i ściśniętym żołądkiem.
Adriana wystawiła go na próbę od pierwszej minuty.
Mówiła do niego źle. Poprawiała go na każdym kroku. Prosiła o drobiazgi, żeby tylko zobaczyć, jak biega.
W trzeciej godzinie zapytała go sucho:
— Ile, twoim zdaniem, warte jest moje życie, Andriej?
Zatrzymał się.
— Więcej niż jakakolwiek kwota na twoich kontach.
To był pierwszy trzask.
Dni mijały ciężko. Bardzo ciężko.
Adriana płakała w nocy. W dzień przeklinała. Wyładowywała na nim swoją złość jak na worku treningowym. A Andriej został.
Rozmawiała z nim. Opowiedziała mu o jego matce, o życiu w strachu przed rachunkami, o tym, jak to jest liczyć leje przed wypłatą.
Czwartego dnia Adriana zmęczyła się krzyczeniem.
Piątego dnia poprosiła go, żeby otworzył okno.
— Od miesięcy nie czułam prawdziwego powietrza — wyszeptała.
Siódmego dnia Adriana płakała cicho, a Andriej trzymał ją za rękę.
— Czemu nie odszedłeś? — zapytała.
— Bo ty też byś został, gdyby to moja matka była na twoim miejscu.
Następnego ranka Adriana spojrzała na niego inaczej.
— Pensja wynosi 6000 lei miesięcznie. Umowa o pracę. Stabilny grafik.
Andriej czuł się, jakby ktoś mu ucinał nogi.
— I jeszcze jedno — kontynuowała — Chcę, żebyś się mną zaopiekował. Nie tylko jako opiekun. Jako człowiekiem.
W ciągu kolejnych miesięcy willa się zmieniła.
Krzyki zniknęły.
Adriana znów zaczęła terapię. Uśmiechnęła się. Żyła.
A Andriej nie był już tylko biednym kurierem.
Był tym, który został.
A czasami jest to warte więcej niż wszystkie pieniądze świata.