Odebrałam bez pośpiechu.
— Maria Ionescu przez telefon.
Głos po drugiej stronie linii był stanowczy, pewny.
— Dzień dobry, pani Ionescu. Jestem Mihai Dumitrescu, dyrektor generalny. Chciałem potwierdzić, że zarząd zatwierdził projekt. Podpiszemy jutro. Ostateczna kwota to 480 000 lei, dokładnie tak, jak pani zaproponowała.
Na sekundę zamknęłam oczy. Nie ze wzruszenia, ale z wdzięczności. Dla siebie.
— Doskonale. Do zobaczenia jutro o dziesiątej — powiedziałam po prostu i się rozłączyłam.
Kiedy podniosłam wzrok, Andriej wpatrywał się we mnie. Ioana przygryzała wargę, zaniepokojona.
— Wszystko w porządku? — zapytał z przymusem.
— Lepiej niż kiedykolwiek — odpowiedziałam.
Wzięłam wózek i zrobiłam krok w stronę wyjścia. Ale Andriej mnie zatrzymał.
— Maria… możemy porozmawiać?
Spojrzałam na niego. Nie ze złością. Nie z tęsknotą. Ale z jasnością.
— Dwa lata temu nie chciałeś rozmawiać. Powiedziałeś, że już nie „pasuję” do twojego życia. Pamiętasz to?
Przełknął ślinę.
— Myliłem się.
— Wiem — powiedziałem. — Ale nie do mnie. Do ciebie.
Ioana patrzyła na nas coraz bardziej zagubiona. Zrozumiała, być może po raz pierwszy, że mężczyzna obok niej nie był tak pewny siebie, jak się wydawał.
— Zostawiam cię… — mruknęła i powoli się odsunęła.
Andriej pozostał w miejscu, jakby lotnisko wokół niego opustoszało.
— Jesteś… inny.
— Nie. Jestem całością — powiedziałem mu.
Opowiedziałem mu, krótko, bez zbędnych szczegółów. O tym, jak miesiącami spałem na pożyczonej kanapie. O tym, jak akceptowałem każdy projekt, każdą współpracę. O tym, jak płakałem w łazience, a potem wstałem. O tym, jak nauczyłem się przestać prosić o pozwolenie na istnienie.
— Wiesz, co mnie najbardziej bolało? — zapytałam go. — Nie to, że odszedłeś. Ale to, że wmówiłeś mi, że bez ciebie jestem nic niewarta.
Jego oczy były wilgotne.
— To nie była prawda.
— Dokładnie — powiedziałam. — Nie.
Wyszłam z lotniska wyprostowana. Na zewnątrz Bukareszt tętnił życiem, tętnił życiem, był niedoskonały, prawdziwy. Zatrzymała mnie taksówka. Podałam jej adres hotelu w centrum.
W lusterku wstecznym kierowca spojrzał na mnie i uśmiechnął się.
— Dzień dobry, proszę pani. Wygląda na to, że ma pani dobry dzień.
Też się uśmiechnęłam.
— Mam dobre życie.
I po raz pierwszy wiedziałam na pewno, że nie pozwolę, żeby mi je ktoś odebrał.