Pani Elena cofnęła się o krok, czując, jak uginają się pod nią kolana. Serce biło jej tak mocno, że miała wrażenie, że wszyscy w okolicy ją słyszą. W jej głowie myśli kłębiły się w szwach. „Krew… pierze… Boże, Matko Boska…”
— Matei… — wyszeptała cicho.
Zrobiła kolejny krok, potem kolejny. Dopiero wtedy zauważyła, że nikt się nie rusza w łóżku. Ani Matei, ani Sofia. Tylko poplamiona pościel i rozrzucone pióra.
Drżącymi rękami podeszła do krawędzi łóżka i delikatnie naciągnęła prześcieradło.
— Mamo… — rozległ się senny głos.
Pani Elena krzyknęła.
Sofia nagle usiadła, z rozczochranymi włosami i opuchniętymi od snu oczami. Matei przewróciła się na bok, mamrocząc coś niezrozumiałego.
— Co się stało, teściowo? Co się stało? — zapytała przestraszona dziewczyna.
Pani Elena spojrzała na nią jak na ducha.
— Krew… pióra… — wyjąkała. — Co ty tu zrobiłaś?!
Sofia rozejrzała się, po czym westchnęła głęboko. Uśmiechnęła się nieśmiało, niemal zawstydzona.
— O rany… to.
Matei również wstał, przecierając oczy.
— Mamo, czy to nie to, co myślisz?
— Więc o co chodzi?! — wybuchnęła pani Elena. — Wygląda na morderstwo!
Sofia nakryła się kocem i powiedziała cicho:
— To zwyczaj w mojej wiosce… od mojej babci. Na szczęście.
— Szczęście?! — krzyknęła pani Elena. — Z krwią?!
Matei wstał z łóżka i podniósł torbę z podłogi. Wyciągnął z niej kurczaka… żywego.
— Mamo, nie martw się. Nikogo nie zabiłem. Kupiłem kurczaka na targu.
— A krew?
Sofia z trudem przełknęła ślinę.
— Wczoraj w nocy skaleczyłam się w palec w kuchni. Drobiazg. Ale babcia mawiała, że jeśli w pierwszą noc poślubną popłynie trochę krwi i kura zaśnie obok łóżka, małżeństwo będzie silne. Pióra… wypadły z poduszki. Rozdarłam ją przez pomyłkę.
Cisza.
Pani Elena usiadła na krześle. Czuła, jak opuszczają ją siły. Cały gniew uchodził z niej, ustępując miejsca głębokiemu zmęczeniu.
— Wsadziłaś mnie do grobu… — mruknęła.
Sofia wstała z łóżka i podeszła do niej. Ostrożnie wzięła ją za rękę.
— Wybacz mi, Matko Eleno. Nie chciałam cię przestraszyć. Tak to nazywamy… Chciałam tylko, żeby nic jej nie było.
Pani Elena po raz pierwszy spojrzała na nią uważnie. Nie widziała już niegrzecznej dziewczynki, ale przestraszoną młodą kobietę, która przyszła do obcego domu, próbując odnaleźć swoje miejsce.
— U nas szczęście rodzi się pracą, a nie z kurczakami w łóżku — powiedziała ciszej.
Sofia się uśmiechnęła.
— To zaraz zejdę pomóc.
W niecałą godzinę Sofia była już na dole, zmywała naczynia, zamiatała podwórko i przynosiła zimną wodę ze studni. Nie narzekała, nie patrzyła na nią gniewnie. Pani Elena obserwowała ją z progu, nic nie mówiąc.
W porze lunchu Sofia wyjęła z piekarnika blachę ciepłego ciasta, upieczonego według przepisu jej mamy.
— Dla ciebie — powiedziała.
Pani Elena spróbowała. Wzruszyła się do łez.
Tego wieczoru, gdy w domu znów było czysto i cicho, pani Elena położyła rękę na ramieniu Sofii.
„Zostań tutaj. W tym domu jest miejsce dla nas obojga”.
Sofia się uśmiechnęła. I pani Elena w końcu zrozumiała, że jej syn dokonał właściwego wyboru.