— To oryginały.
Przez chwilę nic więcej nie słyszałam. Tylko mój oddech.
— Wszystkie? — wyszeptałam.
— Prawie wszystkie. Dwoje to dzieci, ale reszta… Oana, ich szacunkowa wartość przekracza trzy miliony lei. I to jest rozsądna ocena.
Trzy miliony.
Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie śmiech Andrieja w kancelarii prawnej. „Skąd weźmiesz te pieniądze?”.
Stamtąd, powiedziałam sobie. Z poddasza mojego domu.
Marina skontaktowała mnie z poważnym domem aukcyjnym w Bukareszcie. Ludzie przyjeżdżali do Poieni. Oglądali, robili zdjęcia, rozmawiali szeptem.
Mój dom, „muzeum”, jak go nazywał Andriej, nagle nabrał znaczenia.
W dniu aukcji pojechałam do Bukaresztu z sercem wielkości pchły. Nie miałam na sobie drogich ubrań. Tylko prostą, granatową sukienkę.
Sala była pełna. Kolekcjonerzy, inwestorzy, ludzie, którzy mówili o sztuce z powagą.
Pierwszy obraz sprzedał się za cenę wyższą niż szacowana.
Drugi — jeszcze wyższą.
Przy trzecim pociły mi się dłonie.
Kwoty rosły. Setki tysięcy lei. Potem ponad milion.
W końcu suma przekroczyła cztery miliony lei.
Cztery miliony.
Wyszedłem na zewnątrz i płakałem. Nie dla pieniędzy.
Dla siebie.
Dla kobiety, która siedziała przy stole, cicho czekając, aż mężczyzna wyjdzie z łazienki.
Za te pieniądze zrobiłem to, co najważniejsze: dokończyłem dom. Nie tylko wyremontowałem go, ale starannie odrestaurowałem. Zachowałem jego dawną duszę.
Otworzyłem tam mały pensjonat kulturalny. Nazwałem go „La Oana”. Każdego lata organizujemy warsztaty malarskie dla dzieci z wioski. Bezpłatnie.
Zatrudniłem ludzi z Poieni. Odłożyłem pieniądze. Kupiłam skromny samochód, spłacony w całości. Bez rat. Bez długów.
Pewnego dnia, prawie rok po rozwodzie, zobaczyłam Andrieja. Przypadkiem, w kawiarni w Bukareszcie.
Zestarzał się. A może po prostu wyglądał na zmęczonego.
Długo mi się przyglądał.
— Słyszałam… o obrazach.
Uśmiechnęłam się.
— Tak. Dom był dobrą inwestycją.
Chciał powiedzieć coś jeszcze. Nie mógł znaleźć słów.
Cristiny nie było z nim.
Wyszłam pierwsza.
Na zewnątrz pachniało letnim deszczem.
Wsiadłam do samochodu i pojechałam do Poieni. Do mojego domu. Do mojego życia.
Czasami to, co wydaje się stratą, jest dopiero początkiem.
A cisza, w której zapytałam: „Kim jest Cristina?”, była w rzeczywistości moim pierwszym krokiem ku wolności.