W drzwiach pojawiła się elegancka kobieta, z włosami spiętymi w idealny kok i nieskazitelnie białym fartuchem. Zamrugała ze zdziwienia, po czym skrzyżowała ramiona na piersi, jakby chciała się osłonić przed czymś niewidzialnym.
— Jak sobie wmówiłeś swoje imię? — zapytała zimnym głosem, który w niczym nie przypominał matczynego.
— Alexandru… — powtórzył powoli. — Alexandru Radu.
Kobieta drgnęła. Zapomniane imię, pogrzebane pod latami milczenia i komfortu, drapało jej duszę. Ale jej spojrzenie natychmiast stwardniało.
— Pomyliłeś adres, młodzieńcze. Nasze dziecko nie żyje. — i krótkim ruchem zamknęła furtkę.
Alexandru pozostał na chodniku, z drżącymi dłońmi na kółkach wózka. Podmuch wiatru przyniósł mu na twarz zapach świeżo lakierowanego drewna, znak, że interes dobrze prosperuje. Za płotem śmiała się rodzina. Dziewczęcy głos krzyczał: „Mamo, chodź szybko, ciasto się spaliło!”.
Czuł, jak ściska mu się serce. Nie nienawidził ich. Nie mógł. Chciał tylko spojrzenia, dotyku, ciepłego słowa. Zamiast tego, drzwi zatrzasnęły mu się przed nosem.
Następnego dnia wrócił. Przyniósł torbę owoców pod pretekstem, że chce im podziękować za jakieś nieprawdziwe informacje. Brama się otworzyła i tym razem pojawił się pan Petre.
— Czego chcesz, młodzieńcze? — zapytał mężczyzna zirytowany. — Mówiłem ci, nie straciliśmy syna.
— Niczego nie chcę, proszę pana. Tylko żeby chwilę posiedzieć w cieniu. — powiedział Alexandru, wymuszając uśmiech.
Mężczyzna wzruszył ramionami i wszedł na podwórze. Alexandru został tam, słuchając śmiechu rodziny. Łza spłynęła mu po policzku, ale nie odszedł.
Minęły dni. Sąsiedzi zaczęli go rozpoznawać. Niektórzy przynosili mu wodę, inni witali go. Kiedy dzieci Radulów wracały ze szkoły, uśmiechały się do niego nieśmiało. Lucia, najstarsza córka, czasami do niego podchodziła.
— Panie, dlaczego pan tu zawsze zostaje? — zapytała go pewnego dnia.
— Może czekam na coś… albo na kogoś. — odpowiedział, patrząc w jego zielone oczy.
Lucia uśmiechnęła się i przyniosła mu kromkę chleba z dżemem. — Tata mówi, że jesteś trochę dziwny, ale wydaje mi się, że masz dobry wzrok.
W tym momencie serce Alexandra pękło i jednocześnie się zagoiło. Miał przed sobą siostrę, nie zdając sobie z tego sprawy.
Pewnego wieczoru miasto nawiedziła burza. Woda lała się po ulicach, a wiatr zrywał dachy. Ze swojego krzesła Alexandru zobaczył płomienie na podwórku rodziny Radów. Zwarcie zapaliło garaż.
Bez namysłu doczołgał się do bramy, wyłamał zamek głazem i wszedł do środka. Lucia była uwięziona z tyłu, krzycząc o pomoc.
Ostatkiem sił Alexandru pchnął krzesło w jej stronę, uniósł ją w ramionach i wyciągnął. Dym palił jej skórę, ale nie czuła bólu.
Kiedy przybyli strażacy, rodzina została uratowana. Państwo Petre i Maria patrzyli z przerażeniem na młodego mężczyznę, który uratował ich córkę.
„Jak się nazywasz, młody człowieku?” zapytał mężczyzna, drżąc.
Alexandru spojrzał mu w oczy, a łzy mieszały się z popiołem na jego twarzy.
— Nadal nazywam się Alexandru Radu, proszę pana. I nie, pański syn nie zginął.
Nastała przytłaczająca cisza. Maria zrobiła krok naprzód, zakryła usta dłonią, a potem upadła na kolana przed nim.
— Boże… twoje oczy… — wyszeptała przez łzy. — To oczy mojego syna.
W tym momencie wszystko, co zostało utracone, odnalazło się na nowo. Przeszłość nie miała już znaczenia, ani stracone lata, ani bogactwa.
Tylko matka, ojciec i syn obejmujący się w deszczu, który zmywał ich smutki.
Po raz pierwszy od piętnastu lat Alexandru poczuł się, jakby znów był w domu.