Przez trzy lata mój sąsiad pożyczał ode mnie sól, cukier i jajka „do jutra”

…ale pieniądze.

Był ciepły poniedziałek, początek czerwca. Właśnie wróciłam z targu. Kupiłam tańsze warzywa od producentów. Usiadłam, żeby je posortować, odłożyć na cały tydzień.

A potem zadzwonił dzwonek do drzwi.

Kto jeszcze?

Cristina.

Tym razem nie uśmiechała się tak samo. Była trochę pośpieszna, ale wciąż schludna, wciąż pachnąca.

— Găluțo… masz 200 lei? Dam ci jutro, przysięgam. Bank zablokował moją kartę i muszę pilnie coś zapłacić.

Zostałam z ręką na marchewce, patrząc na nią.

Dwieście lei.

Nie było już jajek.

Nie było już cukru.

Były pieniądze.

— Po co ci to? — zapytałam spokojnie.

— Ech… zamówienie… kurier jedzie.

Poczułam, jak coś we mnie zaciska.

Kurier.

Więc nie po jedzenie.

Nie na prawdziwą awarię.

Po… zakupy.

— Nie mam tego — powiedziałam mu.

Mrugnął.

— No dalej, Gălu, tylko 200…

— Nie mam tego.

Po raz pierwszy mój głos zabrzmiał chłodno.

Wymusił uśmiech.

— Dobra… daj spokój…

I wyszedł.

Ale na tym się nie skończyło.

Dwa dni później, znowu przy drzwiach.

— Masz jakieś jajka?

Otworzyłam drzwi na tyle, żeby mnie zobaczył.

— Nie.

— Co masz na myśli, mówiąc „nie”?

— Już nie dam.

Lekko otworzył usta.

— Gălu… co się stało?

Poszłam do kuchni, wzięłam notes i mu go podałam.

— Patrz, co się stało.

Zaczęła kartkować.

Całe strony.

Daty.

Ilości.

Kwoty.

Widziałem, jak jej uśmiech znika.

— To… co to jest?

— Twój dług.

Zamilkła.

— 4800 lei, powiedziałem. Nie podając prawdziwych cen.

Uniosła wzrok.

Nie była już tą samą Cristiną.

— Mówisz poważnie?

— Bardzo.

Próbowała się roześmiać.

— Galu, to tylko trochę…

— Nie. To już nie jest „trochę”.

Zrobiłem krok naprzód.

— To moja praca. Moje pieniądze. Mój szacunek.

Zapadła cisza.

Po raz pierwszy nie była już tą, która była pewna siebie.

— I… czego chcesz?

— Oddaj mi moje pieniądze.

— Wszystkie?

— Wszystkie.

Przełknęła ślinę.

— Nie mam już ich tak dużo.

— To je zbierz. Ale nie pukaj już do moich drzwi.

Zamknęła notes i podała mi go.

Już się nie uśmiechała.

Nie emanowała już tą wyższością.

— Dobrze… — powiedziała cicho.

Wyszła.

Drzwi się zamknęły.

Oparłem się o nią, oddychając głęboko.

Nie chodziło o pieniądze.

Chodziło o mnie.

Dwa tygodnie później przyszła ponownie.

Tym razem bez jedwabnego szlafroka. Bez mocnych perfum.

Z kopertą.

— Oto 2000… — powiedziała. Przyniosę więcej.

Nic nie powiedziałem. Wziąłem kopertę.

Po kolejnym miesiącu resztę.

O nic więcej nie prosiła.

Przywitaliśmy się na schodach.

To było wszystko.

Notatnik pozostał w szufladzie.

Ale za każdym razem, gdy go widziałem, przypominałem sobie jedną prostą rzecz:

Nie musisz być „dobry” w kwestii pieniędzy i nerwów.

Czasami największym szacunkiem, jaki możesz sobie okazać… jest powiedzenie „nie”.

Leave a Comment