Alexandru zrobił krok naprzód.
Krzesło zaskrzypiało lekko pod jego ciężarem, a dźwięk przeciął powietrze niczym nóż.
Elena nagle się odwróciła.
Jej twarz zbladła.
Łyżeczka zadrżała w jej dłoni.
— Panie Alexandru… Ja… — wyszeptała, wstając.
Dzieci natychmiast zamilkły.
Cztery pary oczu spojrzały na niego.
Cztery identyczne spojrzenia.
Alexandru poczuł, że nie może już oddychać.
— Kim jestem? — zapytał niskim, ochrypłym głosem, którego nawet on nie rozpoznał.
— A co one tu robią?
Elena z trudem przełknęła ślinę.
— To… moje dzieci, proszę pana — powiedziała cicho. — Nie miałam gdzie ich dziś zostawić.
Jeden z chłopców wstał z krzesła i zrobił krok w jego stronę.
— Dziadku? — zapytał niewinnie.
To słowo uderzyło jak grom z jasnego nieba.
Alexandru się zachwiał.
— Co powiedziałeś?
Elena wybuchnęła płaczem.
Opowiedział wszystko.
O synu Alexandru, który lata temu wyjechał z kraju, z którym zerwał kontakt.
O krótkim, skrywanym związku.
O chorobie.
O wypadku.
O czwórce dzieci, które zostały bez ojca i bez nikogo.
— O nic nie prosiłam, proszę pana… — powiedziała przez łzy. — Pracuję, oszczędzam, radzę sobie najlepiej, jak potrafię. Dziś nie miałam nikogo, kto by mi pomógł.
Alexandru usiadł na krześle.
Jego świat, zbudowany z liczb, kontraktów i milionów lei, rozpadał się w ciszy.
Jedno z dzieci złapało go za rękę.
— Nie gniewaj się… Mama mówi, że nie wolno nam przeszkadzać.
Alexandru poczuł, jak wszystkie ściany się walią.
Następnego dnia willa wypełniła się śmiechem.
Tydzień później pokój gościnny stał się sypialnią dzieci.
Miesiąc później Alexandru sprzedał szklane biurko w centrum miasta.
Po raz pierwszy od pięciu lat mahoniowy stół nie był już zimny.
Ożył.
A żółty ryż, pożywienie biedy, stał się symbolem największego bogactwa, jakiego nigdy nie miał.