Część 2 – Ciąg dalszy historiiAndrei wpatrzył się w ekran.
EI Arhitectură SRL.
Założona trzy miesiące wcześniej.
— Co to jest? zapytała Bianca.
Andrei nie odpowiedział. Natychmiast zadzwonił do dyrektora handlowego.
— Chcę listę aktywnych umów. Teraz.
Kilka minut później miał odpowiedź.
I wtedy zaczął rozumieć.
Umowa na centrum handlowe była pierwsza.
Potem kolejny ważny klient ogłosił, że nie będzie kontynuował projektu.
I jeszcze jeden.
Nie istniała żadna tajna klauzula, dzięki której zabrałam im umowy. Nie potrzebowałam tego.
Klienci po prostu mieli prawo wybrać, z kim kontynuować.
A oni nie przyszli do naszej firmy dla Andreia.
Przyszli dla mnie.
Dla moich projektów.
Dla mojego zespołu.
Przez te dziesięć lat, w których byłam osobą stojącą za planami, podczas gdy Andrei stał się twarzą firmy.
Jego telefon zadzwonił znowu.
To był Mihai.
— Co do diabła się dzieje? wybuchnął Andrei. Gdzie wszyscy są?
— Odchodzę.
— Co masz na myśli, że odchodzisz?
— Złożyłem rezygnację.
Andrei zamarł.
— Dla Eleny?
— Tak.
— Podwoję ci pensję.
Mihai zamilkł na sekundę.
— Nie chodzi o pensję.
— To o co?
— O to, z kim chcę realizować te projekty.
Rozłączył się.
Do końca tygodnia odeszło jeszcze siedem osób.
Architekci.
Projektanci.
Inżynierowie.
Nie zmuszałam ich.
Nie obiecywałam im majątków.
Powiedziałam im tylko, że otwieram nowe studio i kto chce dalej budować razem ze mną, ma otwarte drzwi.
Przyszli.
Andrei został z firmą.
Dokładnie tak, jak zażądał.
Tylko że wraz z nią pozostały też sprawy, o które Bianca mnie nie zapytała, gdy przyszła po klucze.
Ogromny czynsz za siedzibę.
Raty za wyposażenie.
Leasingi.
Kredyty zaciągnięte na rozszerzenie działalności.
Wynagrodzenia.
Dostawcy.
I zobowiązania firmy, która wyglądała imponująco, dopóki miała wystarczająco projektów, by ją utrzymać.
Bianca zaczęła rozumieć to kilka tygodni później.
— Ale ta firma nie była warta milionów?
Andrei stał w kuchni, z otwartym laptopem i telefonem przy uchu.
— Była warta.
— To gdzie są miliony?
— W umowach, Bianca! W projektach! Pieniądze nie leżą w worku w sejfie!
Zmarszczyła brwi.
— Ale mamy dom.
Andrei podniósł wzrok.
Tam tkwił następny problem.
Dom.
Ten, o który Bianca przyszła osobiście, aby poprosić mnie o klucz.
Mieszkałam tam prawie osiem lat.
Piękny dom w dobrej okolicy pod Bukaresztem, z dużymi oknami i ogrodem, z którego kiedyś byłam bardzo dumna.
Bianca wprowadziła się prawie natychmiast.
Przyniosła swoje ubrania, zmieniła kilka obrazów i zamówiła nowe meble zanim nasz rozwód został nawet sfinalizowany.
Tylko że pewnego popołudnia wróciła z zakupów i klucz przestał działać.
Spróbowała ponownie.
Nic.
Nacisnęła dzwonek.
Nieznany mężczyzna odpowiedział jej przez domofon.
— Kto tam?
— Ja tu mieszkam!
— Chyba to pomyłka.
Bianca zadzwoniła do Andreia krzycząc.
— Kto mi wymienił zamki?!
Andrei dotarł tam w mniej niż godzinę.
Wtedy dowiedział się tego, co powinien był wiedzieć dawno temu.
Dom nigdy nie należał do firmy.
I jego też nie.
Została kupiona lata wcześniej przez strukturę inwestycyjną mojej rodziny, a my mieliśmy prawo do korzystania z niej tak długo, jak były spełnione pewne warunki umowne.
Mój prawnik niczego nie zmyślił.
Niczego nie sfałszował.
Po prostu przeczytał dokumenty, których Andrei nigdy nie zadał sobie trudu przeczytać.
Kiedy separacja stała się oficjalna, nasze prawo do użytkowania wygasło.
Właściciel mógł znów dysponować domem.
A klucz, który dałam Biance?
Był prawdziwy.
Tylko że nigdy nie obiecałam jej, że drzwi będą otwarte na zawsze.
Tego wieczoru zadzwonił do mnie Andrei.
— Zrobiłaś to umyślnie.
— Co dokładnie?
— Dom!
— To nie twój dom, Andrei.
— Mieszkałem tam osiem lat!
— Ja też.
— Wiedziałeś, że to się stanie.
— Tak.
Zamilkł.
— Od kiedy?
Spojrzałam przez okno mojego nowego biura.
Za mną, Mihai i pozostali pracowali nad naszym pierwszym dużym projektem.
— Odkąd przeczytałam dokumenty.
— Przygotowałaś wszystko.
— Nie, Andrei. To ty przygotowałeś rozwód. Ja tylko przygotowałam się na niego.
— Zabrałaś mi firmę!
— Firma nadal jest twoja.
— Bez klientów!
— Nie są moją własnością. Oni wybrali.
— A pracownicy?
— I oni też wybrali.
Zaczął podnosić głos.
— Zrobiłaś wszystko, żeby mnie zniszczyć!
Wtedy się zaśmiałam.
— Nie. Gdybym chciała cię zniszczyć, próbowałabym zabrać ci firmę. To ty nalegałeś, żeby ją zachować.
Zamilkł.
— Dałam ci dokładnie to, o co prosiłeś.
I rozłączyłam się.
Ale jego problemy się nie skończyły.
W miesiącach, gdy był zajęty Biancą i planem wyrzucenia mnie z firmy, Andrei stał się niedbały.
Księgowa zauważyła prywatne wydatki księgowane przez firmę.
Wakacje.
Prezenty.
Posiłki.
Torebka Bianki.
To nie ja złożyłam skargę, która wszczęła kontrole.
Nie było nawet potrzeby.
Kiedy rozpoczęły się kontrole, dokumenty mówiły same za siebie.
Nastąpiły wyjaśnienia, korekty, kary i inne problemy, na które Andrei nie mógł sobie pozwolić w chwili, gdy przychody firmy spadały.
Bianca wytrzymała tak długo, jak długo istniał pozór luksusu.
Ale bez dużego domu, bez wakacji i bez firmowej karty, ich związek zaczął wyglądać inaczej.
— Powiedziałeś mi, że wszystko będzie nasze — wyrzuciła mu pewnego wieczoru.
— I będzie. Musimy tylko przetrwać ten okres.
— Jaki okres?
— Kilka miesięcy.
— A gdzie mam mieszkać przez kilka miesięcy?
— W mieszkaniu.
Bianca spojrzała na niego, jakby właśnie zaproponował jej, żeby spała na dworcu.
Dwa tygodnie później odeszła.
Bez przemówień.
Bez obietnic.
I, z tego co potem się dowiedziałam, nie oddała torebki kupionej na firmową kartę.
Tymczasem ja nie miałam czasu, by cieszyć się ich upadkiem.
Byłam zajęta.
EI Arhitectură zaczęło w znacznie mniejszej przestrzeni niż nasze dawne biuro.
Bez okazałej recepcji.
Bez drogich marmurowych ścian.
Bez ogromnego biurka, w którym Bianka triumfalnie usiadła.
Miałam jednak odpowiednich ludzi.
I projekty.
W sześć miesięcy zespół urósł na tyle, że mogliśmy przeprowadzić się do większej siedziby.
Pewnego ranka Mihai wszedł do mojego biura i położył teczkę na stole.
— Wygraliśmy.
— Co?
— Przetarg na kompleks biurowy.
Otworzyłam teczkę.
To był największy kontrakt zdobyty kiedykolwiek wyłącznie na moje nazwisko.
— Gratulacje, pani Ionescu.
Uśmiechnęłam się.
— Elena.
— Po tylu latach?
— Zwłaszcza po tylu latach.
Była firma Andrei ogłosiła upadłość przed końcem roku.
Nie dlatego, że nacisnęłam jakiś magiczny przycisk.
Lecz dlatego, że gdy zniknęli ludzie, projekty i reputacja, na których się opierała, pozostała tylko struktura.
I długi.
Spotkałam Andrei przypadkowo prawie rok później.
Wychodziłam z kawiarni.
Był sam.
Wyglądał na starszego.
— Elena.
— Cześć.
Spojrzał na mnie przez kilka sekund.
— Wyglądasz dobrze.
— Dziękuję.
— Słyszałem, że firma działa.
— Działa.
Uśmiechnął się gorzko.
— Wygrałaś.
Pokręciłam głową.
— To nie była konkurencja.
— Dla ciebie może.
Potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam usłyszeć.
— Byłem głupcem.
Nie odpowiedziałam mu.
— Myślałem, że to ja wszystko zbudowałem. Że ty po prostu… nie wiem. Że byłaś tam.
— Byłam.
— Teraz to wiem.
Przez sekundę poczułam żal do niego.
Nie wystarczająco, żeby wrócić.
Ale wystarczająco, by przestać czuć złość.
— Mam nadzieję, że masz się dobrze, Andrei.
Odeszłam.
W moim nowym biurze mam wciąż duży pęk kluczy.
Do głównego wejścia.
Do sali projektowej.
Do archiwum.
I do mojego biura.
Czasami, gdy rano kładę je na szklanym stole, przypominam sobie dzień, w którym Bianca przyszła, żeby zabrać mi wszystko.
Zażądała domu.
Firmy.
Sejfu.
Kluczy.
Dałam je jej bez sprzeciwu.
Ponieważ w tych sześciu miesiącach, kiedy oni układali plany, jak dzielić moje życie, zrozumiałam coś znacznie ważniejszego:
Możesz komuś dać klucz do budynku.
Możesz komuś pozostawić nazwę firmy.
Możesz nawet zostawić komuś fotel, w którym siedziałaś przez dziesięć lat.
Ale nie możesz im dać swojego talentu, ludzi, którzy mają w tobie zaufanie, ani pracy, dzięki której zbudowałaś wszystko.
Bianca wyszła z mojego biura z pękiem kluczy.
Odeszłam tylko z laptopem i jedną fotografią.
W końcu okazało się, że zabrałam ze sobą wszystko, co się liczyło.