— A teraz każda uważa się za królową — dokończyła Ołga Pietrowna, nalewając sobie wina. — Tylko patrzeć, jak Машенька zacznie mnie jeszcze uczyć życia!
W pokoju zrobiło się cicho. Słychać było tylko brzęk sztućców i ciche cmoknięcie sąsiadki, która najwyraźniej nie wiedziała, gdzie patrzeć.
Maria siedziała z opuszczonymi ramionami. Miała ochotę wstać i wybiec z pokoju, ale nie chciała robić sceny. Zerknęła na Andrzeja — mąż udawał, że czegoś szuka pod stołem. Zawsze tak robił, kiedy matka zaczynała swoje wystąpienia.
— Mamo, może wystarczy już? — powiedział w końcu cicho. — Wszyscy przyszli się pobawić, a nie słuchać, kto jak gotuje.
— Ja tylko stwierdzam fakty! — obruszyła się Ołga Pietrowna. — Nie moja wina, że młode pokolenie nie potrafi przyjąć krytyki.
— To nie krytyka, tylko upokarzanie — powiedział ktoś z końca stołu.
Wszyscy odwrócili głowy. To była żona Dymka, Kasia — zwykle spokojna, prawie niewidoczna.
— Przepraszam, że się wtrącam, ale serio? — ciągnęła Kasia. — Maria przyniosła domowy tort, a pani od dziesięciu minut go publicznie rozjeżdża. Co to za przyjemność?
Ołga Pietrowna wyraźnie się zaskoczyła.
— No proszę! Jeszcze mnie będą uczyć, jak mam mówić we własnym domu!
— Własny dom, jasne — uśmiechnęła się Kasia krzywo. — Ale jak się zaprasza gości, to się ich nie obraża. Zwłaszcza rodzinę.
Dymek spojrzał na żonę z lekkim przerażeniem, ale nic nie powiedział.
— A może po prostu spróbujmy wszyscy tego tortu i przestaniemy się czepiać? — zaproponował Andrzej. — Mamo, proszę.
Ołga Pietrowna parsknęła, ale dla świętego spokoju usiadła.
Wszyscy po kolei spróbowali tortu. Nie był idealny — to prawda. Biskwit trochę suchy, krem rzeczywiście płynny. Ale po tej całej scenie nikt już nie miał ochoty oceniać.
— Wiesz co, Mariu, smakuje trochę jak te ciasta, które piekła moja babcia — powiedziała sąsiadka Piertowa. — Nie wygląd, tylko smak się liczy. Taki… domowy.
Maria uśmiechnęła się słabo:
— Dziękuję.
Napięcie powoli topniało. Rozmowa zeszła na inne tematy — dzieci, remonty, seriale.
Ołga Pietrowna przez jakiś czas milczała. Widać było, że coś w niej pracuje. W końcu, po godzinie, kiedy większość gości zaczęła się żegnać, podeszła do Marii, która zbierała talerze.
— Słuchaj, Маш… Maria — zaczęła nieco ciszej. — Może ja rzeczywiście trochę przesadziłam.
Maria spojrzała na nią ostrożnie.
— Zdarza się.
— Ja… po prostu chcę, żebyś była najlepsza dla mojego syna. A jak widzę, że coś robisz źle, to… no, gadam. — Ołga Pietrowna wzruszyła ramionami. — Nie umiem inaczej.
— Może zamiast mówić przy wszystkich, można po prostu… pomóc? — powiedziała Maria spokojnie. — Albo zapytać.
Starsza kobieta zamilkła. Popatrzyła na nią uważnie, po czym westchnęła:
— Masz rację. Trzeba się czasem ugryźć w język.
Andrzej, który właśnie wynosił talerze, spojrzał na nie obie i uśmiechnął się z ulgą.
— No wreszcie — mruknął. — Może następnym razem spotkamy się bez wykładów.
— Nie obiecuj — zaśmiała się Maria, ale tym razem naprawdę.
Kiedy wyszli na zewnątrz, powietrze było chłodne i spokojne. Andrzej otworzył drzwi samochodu.
— Widzisz? — powiedział. — Nie było aż tak źle.
— Nie było? — Maria spojrzała na niego z niedowierzaniem, a potem oboje wybuchnęli śmiechem.
Po chwili dodała:
— Ale wiesz co, Andrzej? Następnym razem to ty pieczesz tort.
— Umowa stoi — odpowiedział, odpalając silnik. — A ja już wiem, jak nazwiemy nowy deser: „Napoleon teściowej”. Twardy, ale nie do zgryzienia.
Śmiali się jeszcze, gdy odjeżdżali spod świecącego domu Ołgi Pietrownej. A w środku, przy zgaszonym świetle kuchni, starsza kobieta kroiła sobie kawałek tego „nieudanego” tortu. Spróbowała.
Cisza. Potem — nieznaczny uśmiech.
— Hm… wcale nie taki zły,— szepnęła sama do siebie. — Wcale nie taki zły.