Łagodne majowe popołudnie spowijało park nad brzegiem rzeki złocistym światłem. Wiatr niósł zapach kwitnących bzów i świeżo skoszonej trawy. Dwóch chłopców w niebieskich szkolnych koszulkach i znoszonych trampkach wylegiwało się na skrawku trawy pod koroną rozłożystego klonu. Obok nich leżał duży, rozczochrany szczeniak z figlarnym błyskiem w brązowych oczach.
—Patrz! Ion uśmiechnął się, unosząc rękę niczym iluzjonista. Rex, łapa!
Pies nastawił uszy, podskoczył i delikatnie położył łapę na jego dłoni. Ion roześmiał się zadowolony, a Andriej również wybuchnął śmiechem.
Tylko dla celów ilustracyjnych
Rex, zarażony ich radością, skoczył na Andrieja, powalił go i oblizał mu policzki. Obaj turlali się po trawie, niczym kula futra, kończyn i śmiechu.
—Za bardzo go rozpieszczasz — powiedział Andriej, dysząc i strzepując źdźbła trawy z włosów.
—Jak mogę go nie rozpieszczać? — zachichotał Ion, ocierając kolana. — To mój najlepszy przyjaciel. I najmądrzejszy pies na świecie.
Rex, jakby kiwając głową, podszedł i pchnął pyskiem dłoń Andrieja, machając ogonem jak wahadło szczęścia.
—Też chciałbym psa — wyszeptał Andriej, głaszcząc puszyste uszy Rexa. — Albo chociaż rybkę. Ale mama mówi, że na razie nie stać nas na zwierzęta.
—Masz mnie — Ion dotknął jego ramienia. — I Rexa też masz. Jutro przyniosę mu nagrody, a ty mu je dasz.
Słońce powoli zachodziło za drzewa, rzucając długie cienie na park.
— Muszę iść — powiedział Ion, strzepując trawę ze spodni. — Tata martwi się, jeśli się spóźnię. Obiecujesz, że jutro też przyjdziesz?
Andriej skinął głową, ale serce mu zamarło. Patrząc, jak Ion i Rex odchodzą alejką, poczuł niejasny dreszcz w piersi.
Jazda do domu upłynęła w ciszy. Tenes powoli z łoskotem jechały chodnikiem do starego budynku mieszkalnego przy Strada Teiului. Drzwi zaskrzypiały, gdy je otworzył. Wewnątrz unosił się zapach starego drewna, lekarstw i czegoś trudnego do nazwania – głębokiej nadziei.
Jego matka, Gabriela, leżała na zniszczonej kanapie, z kocem na nogach i książką na kolanach. Jej wzrok powędrował w stronę okna.
—Hej, mamo — wyszeptał Andriej.
—Tak szybko wróciłaś? — Uśmiechnęła się zmęczona, ale delikatnie. Dobrze się bawiłaś?
—Tak. Ion nauczył Rexa łapać. To zabawny piesek.
—Cieszę się, że masz takiego przyjaciela jak on — powiedziała Gabriela, ściskając mu dłoń. I nie zapominaj — masz też mnie.
Andriej przypomniał sobie łatwiejszą Czasy: Tata przynosił jedzenie na wynos i żarty, tańczyli w kuchni, a mieszkanie rozbrzmiewało śmiechem. Aż do pewnego zimowego poranka, kiedy Gabriela poślizgnęła się na oblodzonym schodku. Potem szpitale, gipsy, leki. Stres kazał tacie milczeć i pewnego dnia spakował walizki i wyjechał.
Od tamtej pory byli tylko we dwoje. Radzili sobie, jak mogli: Andriej robił zakupy, Gabriela sprzedawała ręcznie robione kartki z życzeniami. Liczyli każdy lej, ale więź między nimi stawała się coraz silniejsza.
Następnego popołudnia Ion pojawił się bez Rexa. Jego zwykła wesołość zgasła.
—Co się stało? — zapytał Andriej.
—Chodzi o Irinę — mruknął Ion. Tata znowu jedzie w podróż służbową i ona się do nas wprowadza.
Andriej słyszał o nowej dziewczynie. Ion jej nie znosił.
—Nienawidzi wszystkiego. Mówi, że Rex jest brudny i musi zostawać na dworze. Nie pozwala mi nawet go wyprowadzać. W nocy wciąż… Wkrada się do mojego łóżka, jakby wiedział, że się boję.
—Nie jesteś sam — Andriej uścisnął mu dłoń. — Jestem tutaj.
Nie mogli znaleźć innych słów. Czasami ich nie ma.
Po tym dniu Ion nie wracał. Przez tydzień Andriej czekał codziennie pod tym samym klonem. Żadnego szczekania, żadnej znajomej postaci.
Pewnego ranka, przed wschodem słońca, obudziła go niepokojąca myśl. Jeśli Ion nie będzie mógł wyprowadzić psa… co będzie gotowa zrobić Irina?
Wymknął się, nie budząc Gabrieli. Ulice wciąż spały. Skierował się w stronę rzeki i schował za krzakiem.
Tylko dla ilustracji
W szarej ciszy żwir chrzęścił pod kołami. Srebrny samochód zatrzymał się. Wysiadła wysoka, elegancka kobieta z jedwabnym szalikiem zawiązanym na szyi i zimnym spojrzeniem.
Otworzyła bagażnik i wyjęła grubą płócienną torbę. Torba się słaniała.
Nie. Nie. Nie.
Bez Kobieta z wahaniem chwyciła torbę i wrzuciła ją do wody. Jeden plusk – i torba zaczęła tonąć.
Andriej wyskoczył z ukrycia.
—Hej! krzyknął, ale kobieta nawet nie drgnęła. Wsiadł za kierownicę i odjechał.
Chłopak zrzucił trampki i wskoczył do wody. Zimno zaparło mu dech w piersiach, ale płynął z determinacją. Palcami chwycił mokre płótno; z bolesnym wysiłkiem, drżąc, wyciągnął torbę na brzeg.
Tylko dla celów ilustracyjnych
Z bijącym sercem rozwiązał węzeł.
Dwoje małych brązowych oczu, pełnych strachu.
—Rex! wybuchnął, a łzy spływały mu po twarzy.
Pies zaskomlał, mokry i pomarszczony, ale żywy. Andriej przytulił go do piersi, chowając twarz w wilgotnym futrze.
—Wracamy do domu.
Gabriela nie była zaskoczona, gdy Andriej wpadł do mieszkania przemoczony, z Z ogromnym psem na rękach. Znała wyraz jego oczu. Podał mu ręcznik i pomógł wytrzeć Rexa.
Czas na herbatę