Robert włożył kartki do dłoni, wciąż uśmiechając się arogancko. Marioara wzięła je ostrożnie, jakby to było coś o wiele ważniejszego niż zwykły zakład znudzonych ludzi. W pomieszczeniu nagle zapadła cisza.
Wszyscy chcieli zobaczyć, jak pokojówka robi z siebie idiotkę.
Ale Marioara się nie spieszyła. Położyła kartki na stole, ułożyła je w rzędzie, a następnie przysunęła krzesło i usiadła spokojnie, jakby wcale się nie bała. Robert skrzyżował ramiona, pewny siebie.
Mariara spojrzała na dokument przez kilka sekund, a potem zaczęła czytać… po rumuńsku.
Ostro. Poprawnie. Bez wahania.
Mężczyźni zamarli.
Te znaki, które wyglądały dla nich jak bezsensowne rysunki, przekształciły się, linijka po linijce, w płynne tłumaczenie, jakby zostały napisane przed nią po rumuńsku.
Atmosfera w pomieszczeniu się zmieniła. Śmiech ucichł, a w jego miejsce zapadła ciężka, przytłaczająca cisza. Słychać było tylko głos Marioary – czysty, pewny, bez śladu emocji.
Robert zaczął tracić kolor na policzkach.
Marcu usiadł na brzegu stołu z szeroko otwartymi oczami.
Silviu odchrząknął, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć.
Kiedy Marioara skończył, podniósł wzrok i prostym, lecz dostojnym gestem położył prześcieradła na stole.
„Czy ma pani coś jeszcze?” – zapytała.
Cała sala była oszołomiona.
Marcu odezwał się pierwszy.
„Proszę pani… czy znała pani chiński?”
Mariara lekko przechyliła głowę.
„Pracowałam przez 12 lat w fabryce w Braszowie, która miała umowy z Chińczykami. Tłumaczenia, korespondencja, wszystko, co potrzebne. Odeszłam, kiedy fabryka została zamknięta. Od tamtej pory… robię, co mogę”.
Spojrzała na Roberta.
„Jeśli chcesz, mogę kontynuować tłumaczenie reszty dokumentów. Ale nie potrzebuję niczyjej litości”.
Robert starał się wyglądać na zrelaksowanego, ale pot spływał mu po karku. Zakrył usta dłonią i przełknął ślinę. Potem spróbował się roześmiać, ale wydobył z siebie tylko stłumiony dźwięk.
„Dobra… dobra… Chyba… no… wygrałeś zakład”.
„Wiem” – powiedział cicho Marioara.
„Twoja miesięczna pensja wynosi 15 000 lei, prawda?”
„Tak…”
„Więc poczekam, kiedy tylko zechcesz”.
Mężczyźni w pokoju zaczęli szeptać. Niektórzy próbowali ukryć radość, inni wstyd. Robert był przyparty do muru, bez wyjścia.
Stał przed kobietą, którą uważał za prostą, słabą, łatwą do upokorzenia. A teraz miał przed sobą profesjonalistę, mężczyznę z większą godnością niż cała sala.
Marcu wstał i podszedł do Marioary.
„Proszę pani… Chcę, żeby pani wiedziała, że my… to znaczy… nie wiedzieliśmy”.
„Nie miał pan obowiązku wiedzieć” – odpowiedziała. „Nikt pana nigdy nie pytał”.
Zapadła długa cisza.
Potem Marcu wziął głęboki oddech.
„Marioara… zgodziłabyś się pracować dla nas jako tłumaczka? Pensja 8000 lei, umowa na czas nieokreślony, normalny grafik”.
Robert o mało się nie udławił.
„Marcu! Co ty wyprawiasz? Naprawdę…?”
„Tak, chcę” – przerwał. „Firma potrzebuje takich ludzi jak ona, a nie arogancji”.
Marioara zastanowiła się przez kilka sekund. Potem uśmiechnęła się po raz pierwszy. Lekki, szczery uśmiech, taki, który rozgrzewa duszę.
„Tak. Zgadzam się”.
Robert usiadł na krześle, pokonany, a reszta mężczyzn wstała. Niektórzy klaskali. Inni tylko kiwali głowami, wciąż w szoku.
Marioara podniosła mop, oparła go o ścianę i powiedziała spokojnie:
„Zacznę jutro. Ale dziś… Wolałabym iść do domu. Chyba pierwszy raz od dawna czuję, że zrobiłam coś dla siebie”.
A gdy wyszła, cała sala konferencyjna – ta sama, w której traktowano ją jak cień – patrzyła na nią z szacunkiem.
I po raz pierwszy nikt już nie widział w niej pokojówki.
Ale jak kobieta, która podniosła głowę, gdy wszyscy myśleli, że jest niewidzialna.