Prezydent Ukrainy nie wyklucza przeprowadzenia wyborów – mimo trwającej wojny. Wołodymyr Zełenski podczas wizyty w Rzymie zaskoczył dziennikarzy deklaracją: jeśli Ukraina otrzyma międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa na czas wyborów, to te mogłyby się odbyć w ciągu 60–90 dni.
To pierwszy tak konkretny sygnał otwarcia na wybory od miesięcy. Zełenski zaznaczył, że będzie rozmawiał z parlamentem o możliwym stworzeniu ram prawnych dla przeprowadzenia głosowania w warunkach obowiązującego stanu wojennego. Kluczową rolę w tej operacji mają odegrać Stany Zjednoczone i Europa, które – zdaniem prezydenta – powinny zadbać o bezpieczeństwo kraju w trakcie kampanii i głosowania.
Rzymska wizyta Zełenskiego była częścią szerszej europejskiej trasy dyplomatycznej. Wcześniej prowadził rozmowy m.in. w Londynie i Brukseli. W grze jest nie tylko przyszłość ukraińskiej demokracji, ale także plan pokojowy USA oraz propozycja tzw. „rozejmu energetycznego”, czyli wzajemnego zaprzestania ataków na infrastrukturę energetyczną.
Zełenski nie kryje, że oczekuje szybkich decyzji. W ciągu dwóch tygodni chce spotkać się z Amerykanami na najwyższym szczeblu. Na stole jest także odbudowa Ukrainy – jako kluczowy element potencjalnego porozumienia pokojowego.
W sprawę niespodziewanie włączył się Donald Trump. W rozmowie z Politico skrytykował Zełenskiego, sugerując, że ten unika wyborów pod pretekstem wojny. – To już przestaje być demokracja – stwierdził były prezydent USA.
Tymczasem konstytucja Ukrainy jednoznacznie zakazuje organizowania wyborów podczas stanu wojennego. Dlatego słowa Zełenskiego – i reakcja Zachodu – mogą przesądzić, czy Ukraińcy wrócą do urn jeszcze w czasie trwającego konfliktu.