Gdy Donald Tusk wracał do polskiej polityki, wiele kobiet poczuło, że coś się zmieni. W kampanii padły głośne hasła, odważne deklaracje i “100 konkretów”, wśród których prawa kobiet miały zajmować szczególne miejsce. Dziś – po dwóch latach rządów – coraz więcej Polek zadaje jedno pytanie: gdzie te konkrety?
Świadczenie „babciowe”? Owszem, to pomoc, ale jednocześnie zrzucenie odpowiedzialności na kobiety – na ich mamy, teściowe, babcie. Brakuje systemowego wsparcia, żłobków, rozwiązań realnie wspierających powrót kobiet na rynek pracy.
Antykoncepcja awaryjna? Miała być dostępna bez recepty, a skończyło się na pilotażu z udziałem raptem 10–15% aptek. Legalna aborcja? Cisza. Symboliczny temat kampanii – wykorzystany, porzucony, zapomniany. Nawet po dwóch latach projekt nie trafił pod głosowanie, a kobiety usłyszały kolejne „poczekajcie”.
Marsz Miliona Serc – polityczne widowisko, które miało pokazać siłę opozycji – nie zaprosił nawet Joanny z Krakowa, której dramatyczna historia była jednym z punktów zapalnych kampanii. Symbole zostały wykorzystane, a konkretów nie widać.
Tak, rząd zrealizował część obietnic – darmowe badania prenatalne, znieczulenie przy porodzie, renta wdowia. Ale w kwestiach naprawdę fundamentalnych – prawa do decydowania o swoim ciele, zdrowie reprodukcyjne, realna podmiotowość – nadal jesteśmy w punkcie wyjścia.
Dziś wiele kobiet czuje, że nie są partnerkami w tej rozmowie. Są wyborczyniami, które trzeba zmobilizować przed urną. A później? Później znów usłyszą, że to nie ten moment. Że są ważniejsze sprawy. Że znów “trzeba poczekać”.