Serce zabiło mi mocniej, gdy go zobaczyłam. Nie widziałam go od
prawie czterdziestu lat.
Nadal był sobą. Trochę siwy, z drobnymi zmarszczkami na czole, ale z tym samym spokojnym spojrzeniem, które kiedyś spędzało mi sen z powiek.
Od razu mnie rozpoznał. Powoli wstał i podszedł do mnie.
— Maria… czy to ty?
Głos mi drżał, gdy skinęłam głową. Czułam się, jakbym znów miała 17 lat.
Usiedliśmy obok siebie, niezręcznie, jak dwoje nastolatków, którzy nie wiedzą, co powiedzieć. Potem słowa zaczęły płynąć same. O życiu. O dzieciach. O tym, jak nasze drogi się potoczyły.
Sorin powiedział mi, że on też był żonaty, ale jego żona zmarła kilka lat temu. Został sam, z dziewczyną, która wyjechała do Bukaresztu, i wielkim, pustym domem w wiosce niedaleko Bystrzycy.
— Wiesz, Mario… — powiedział w pewnym momencie, patrząc w dół. — Zawsze mi się podobałaś.
Czułam, jak oczy mi wilgotnieją.
— To dlaczego nic nie powiedziałaś? — zapytałam niemal szeptem.
— Byłam głupia. Myślałam, że jesteś szczęśliwa z Sandu. I bałam się, że coś zepsuję.
Zawołali nas do gabinetu. Założyli mi gips, a kiedy wyszłam, Sorin czekał na mnie na korytarzu.
— Odwiozę cię do domu — powiedział po prostu.
Po drodze zdałam sobie sprawę, że rozmawia mi się z nim łatwiej niż z mężem przez ostatnie dziesięć lat. Bez wyrzutów. Bez przytłaczającej ciszy.
Po tym dniu znowu rozmawialiśmy. Przez telefon. Potem spotkaliśmy się na kawę. Potem jeszcze raz. Bez pośpiechu, bez obietnic.
W domu Sandu stawał się coraz bardziej zdystansowany. Nie byliśmy już dwojgiem, ale dwojgiem obcych sobie ludzi pod jednym dachem. Kiedy powiedziałam mu, że chcę się rozwieść, nie podniósł głosu. Westchnął głęboko.
— Może to już dawno powinno nastąpić, Mario — powiedział.
Dzieci były na początku zszokowane.
— W tym wieku?
— Co powiedzą ludzie?
Ale z czasem zrozumiały. Zobaczyły, że jestem spokojniejsza. Bardziej żywa.
Pewnej niedzieli Sorin zabrał mnie do wioski mojego dzieciństwa. Spacerowaliśmy starymi uliczkami, weszliśmy na szkolne podwórko, usiedliśmy na rozklekotanej ławce.
— Gdybym mógł cofnąć czas… — powiedział.
— Nie możemy — odpowiedziałam. Ale możemy żyć z tym, co z nas zostało.
Nie zamieszkaliśmy razem od samego początku. Każde z nas miało swój dom, swoje wspomnienia. Ale byliśmy razem. Chodziliśmy na targ, do kościoła, na wieczorne spacery, trzymając się za ręce, nie przejmując się plotkami.
W wieku 56 lat nauczyłam się czegoś, czego nie wiedziałam mając 17 lat: że szczęście nie przychodzi wtedy, kiedy jest na to czas, ale wtedy, gdy ma się odwagę je zaakceptować.
Rozwód nie był końcem.
To był początek życia, które odkładałam przez czterdzieści lat.