Zaczęłam przeszukiwać cały dom, drżąc. Zawołałam ją po imieniu, ale jedyną odpowiedzią była ciężka cisza, która uwierała mnie w uszy. Mama pojawiła się w korytarzu z rękami na piersi, udając przestraszoną.
— „Może poszła do miasta. Zostaw ją w spokoju, wróci, jak się uspokoi”.
Ale poczułam coś zimnego w żołądku. Maria nie była typem osoby, która wychodzi bez dziecka. Wiedziałam to aż za dobrze.
Pobiegłam do pokoju malucha. Łóżko było puste. Jego ulubiony kocyk też zniknął.
Wtedy ugięły się pode mną kolana.
— „Zabrała dziecko…” mruknęłam, ale głos mi się załamał.
Mama zbladła, ale szybko doszła do siebie.
— „Daj spokój, pewnie chciała go wyprowadzić na świeże powietrze. Wróci”.
Ale widziałam w jej oczach ślad strachu. Doskonale wiedziała, co zrobiłam poprzedniej nocy. Wiedziała też, jak bardzo doprowadziła Marię do granic wytrzymałości.
Wyszłam na ulicę. Sąsiedzi dziwnie na mnie patrzyli. Niektórzy spuszczali wzrok, inni szeptali. Zdałam sobie sprawę, że może ktoś widział, jak Maria wychodzi.
Zapytałam starszą sąsiadkę, ciocię Werginę, która zawsze stała w bramie.
— „Widziałaś moją żonę? Z dzieckiem?”
Długo na mnie patrzyła, jakby się zastanawiała, czy mi powiedzieć, czy nie. Potem westchnęła.
— „Widziałam ją o piątej rano. Szła szybko, z plecakiem na plecach i dzieckiem na rękach. Płakała… ale była zdeterminowana”.
Serce mi zamarło. Tak wcześnie… sama… pieszo.
— „Wiesz, w którą stronę?” zapytałam niemal błagalnie.
— „Na dworzec autobusowy”.
Przygryzłam wargi, aż poczułam krew. Co, jeśli wyjechał z miasta? Co, jeśli próbował dostać się do Klużu? Jak? Za jakie pieniądze?
Wtedy sobie przypomniałam: 200 lei od mamy.
Tyle dała mu na zakupy na targu.
Tyle mu zajęło, żeby uciec.
Pobiegłam na dworzec autobusowy, czując palący ból w piersi z każdym krokiem. Ludzie odwracali się za mną, ale mnie to nie obchodziło. Wbiegłam do środka, rozglądając się.
Jego tam nie było.
Spytałam przy ladzie łamiącym się głosem:
— „Kobieta… młoda… z dzieckiem… kupiła dziś bilet?”
Dziewczyna przy ladzie szybko spojrzała na kasę.
— „Tak. O 5:40. Kupił bilet do Braszowa. Powiedział, że tam przesiądzie się na Kluż”.
Oparłam się o ladę, zakręciło mi się w głowie. Było już daleko.
I po raz pierwszy w całej tej historii uświadomiłam sobie, jak bardzo byłam ślepa. Jak bardzo zraniła ją moja matka. Jak bardzo zraniły ją moje własne decyzje.
I jak ciężko jej było, samej, w obcym mieście.
Wyszedłem na zewnątrz i usiadłem na krawężniku. Wciąż trząsłem się, nie tylko ze zmęczenia, ale też ze wstydu, który mnie palił.
Taksówkarz mnie zauważył.
— „Wszystko w porządku? Wyglądasz jak kapusta”.
Spojrzałem na niego.
— „Straciłem żonę. To była moja wina”.
Kierowca powoli skinął głową.
— „W takim razie nie masz wyboru i musisz za nią pojechać”.
— „Ale ona już jedzie…”
— „I co? Jeśli ci na niej zależy, uciekaj. Nie tylko nogami. Duszą”.
Jego słowa uderzyły mnie w tył głowy. Po raz pierwszy obcy człowiek powiedział coś, do czego nie miałem odwagi się przyznać: zawsze stawiałem Marię na drugim miejscu, zaraz po matce.
Zadzwoniłem do kolegi i poprosiłem, żeby pilnie zawiózł mnie do Braszowa. Po drodze stałam z głową przyciśniętą do szyby, a łzy płynęły mi bezlitośnie. Przypomniałam sobie wszystkie chwile, kiedy Maria prosiła mnie tylko o szacunek, o odrobinę spokoju, o prawo do bycia matką w zgodzie z własnym rozumem i sercem.
I jak ja, zaślepiona, obwiniałam ją za wszystko.
Dotarłam do Braszowa w porze lunchu. Ostatkiem sił pobiegłam na dworzec autobusowy. Szukałam jej wśród ludzi, czułam, że mogę ją stracić na zawsze, jeśli jej teraz nie znajdę.
Wtedy ją zobaczyłam.
Siedziała na ławce, trzymając dziecko w ramionach i próbując je uśpić. Była zmęczona, blada, ale spokojna. Po raz pierwszy wydawało się, że oddycha normalnie.
Podeszłam do niej powoli.
— „Maria…”
Wstała, a potem nagle wstała. Cofnęła się o krok, osłaniając dziecko ramionami.
— „Proszę… Nie chcę tam wracać.”
Poczułam, jak serce ściska mi się w imadle.
— „Nie chcę, żebyś wracała… też tam”.
Zatrzymała się. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
— „Co masz na myśli?”
A potem, cichym, szczerym głosem, z całą duszą nagą, powiedziałam do niej:
— „Zerwałam z matką”.
Maria zamrugała, zaskoczona.
— „Co?”
— „Już tam nie idę. Ty też nie. Ani dziecko. Idę z tobą. Jeśli chcesz… jeśli mnie wpuścisz… chcę zacząć od nowa. Dać ci wszystko, czego nie dałam wcześniej”.
Maria zaczęła płakać. Nie ze strachu. Ale z ulgi.
Zrobiła krok w moją stronę.
A potem kolejny.
A kiedy położyła mi dziecko na rękach, poczułam, że po raz pierwszy w życiu zrobiłam coś dobrze.
Tego dnia, na dworcu autobusowym w Braszowie, postanowiłem być mężczyzną. Nie synkiem mojej mamy.
I po raz pierwszy poczułem, że zasługuję na rodzinę.