Ciężkie drzwi celi zamknęły się z suchym trzaskiem. Ana stała przez chwilę, oddychając głęboko. Poczuła krew w ustach, a policzek ją palił, ale fizyczny ból bledł w porównaniu z wściekłością kipiącą w jej piersi.
Patrzyła na łuszczące się ściany, brudną podłogę, migoczącą żarówkę. Niewinni ludzie przebywali w tym miejscu od lat. Wiedziała o tym. Czytała o tym w raportach. Słyszała o tym szeptem na wsiach.
Teraz doświadczała tego na własnej skórze.
W sąsiednim biurze inspektor Ionescu nalewał sobie kawę. Śmiał się głośno ze swoimi podwładnymi.
„Widzieliście jego minę? Myślał, że jest kimś ważnym” – powiedział, uderzając dłonią w stół. „Wszyscy są tacy sami”.
Ana na chwilę zamknęła oczy. Przypomniała sobie przysięgę, którą złożyła, gdy została mianowana na to stanowisko. Słowa jej ojca, prostego mechanika z Pitești: „Nigdy nie zapominaj, skąd pochodzisz”.
W korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Na stacji panował ruch. Trzasnęły drzwi, głosy się zmieniły, polecenia wydawane nagle z większym szacunkiem.
Inspektor wyszedł na korytarz, marszcząc brwi.
— Co się dzieje?
— Przyszedł prefekt, szefie. Z dwoma kolejnymi z kontroli wewnętrznej.
Twarz inspektora zbladła.
Starszy powiatu, Mihai Dumitrescu, wszedł zdecydowanie. Nie podnosił głosu. Nie było potrzeby.
— Gdzie jest ta kobieta, którą dziś przywieziono z korków?
— W… w celi, wyjąkał inspektor.
— Otwórz.
Kiedy drzwi się otworzyły, Ana zrobiła krok naprzód. Spojrzała w górę, prosto, bez strachu.
— Dobry wieczór, panie prefekt. Podprefekt Ana Popescu, meldująca.
Zapadła cisza niczym siekiera.
Inspektor Ionescu wypadł mu z ręki kluczyki. Jeden z policjantów oparł się o ścianę.
— Pani… Nie… wiedziałem… — zaczął inspektor.
Ana spojrzała na niego zimno.
— Nie musiał pan wiedzieć, kim jestem. Musiał pan po prostu wykonywać swoją pracę.
Prefekt zwrócił się do zespołu kontrolnego.
— Słyszał pan wszystko.
Przez następną godzinę komisariat był przeszukiwany. Fałszywe akta, wyłączone kamery, sprzeczne zeznania. Wszystko wyszło na jaw.
Inspektor został skuty kajdankami przez własnych ludzi.
— Za nadużycia, fałszerstwa i agresywne zachowanie — powiedział spokojnie prefekt.
Ana opuściła komisariat z podniesioną głową. Nocne powietrze wydawało się chłodniejsze, ale też czystsze.
Następnego dnia wiadomości były wszędzie. Ludzie rozmawiali na placu, w sklepie, na ławkach.
— Słyszeliście? Zabrali Ionescu.
— Najwyższy czas.
Ana wróciła do pracy. Domagała się kontroli, zmian, jasnych zasad.
Nie dla siebie.
Ale dla wszystkich tych, którzy nie mieli stanowiska, nazwiska ani władzy.
I po raz pierwszy od dawna ludzie poczuli, że ktoś naprawdę jest po ich stronie.