Zoe zrobiła krok do pokoju, potem kolejny. Jej ręce lekko drżały, ale jej wzrok stał się zdecydowany.
„To nie jest niebezpieczne” – powiedziała powoli. „Zostaw mnie tylko na kilka minut. Jeśli nie zauważysz żadnej zmiany, natychmiast przestanę”.
Alexandru spojrzał na matkę. Twarz miał ściągniętą z bólu, oddech urywany. W tej chwili nie miało znaczenia, kim była Zoe ani jaką pozycję zajmowała w domu. Liczyło się tylko to, że nic innego nie pomogło.
„Pięć minut” – powiedział. „To wszystko”.
Zoe skinęła głową. Wyjęła z kieszeni szlafroka starą, czystą chusteczkę i małą buteleczkę olejku bazyliowego. Zapach dyskretnie rozszedł się po pomieszczeniu, przywodząc na myśl kościoły i wiejskie domy.
Podeszła do łóżka i zaczęła delikatnie masować lewą skroń pani Margarety, mamrocząc coś ledwo słyszalnego. Nie padły żadne dziwne słowa, żadne teatralne zaklęcia. To była prosta modlitwa, jak te, które odmawiały wasze babcie, którą znało się z dzieciństwa, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Po kilku sekundach pani Margareta ponownie jęknęła. Nagle jej ciało się rozluźniło.
Aleksandr poczuł bicie serca w uszach.
Zoe przycisnęła dwa palce dokładnie do małego miejsca za jego uchem. Nagle rozległ się dziwny dźwięk – jak ciche, prawie niesłyszalne trzaśnięcie. Zoe instynktownie cofnęła się i otarła czoło kobiety chusteczką.
„Wystarczy” – powiedziała.
Aleksandr natychmiast pochylił się w stronę łóżka.
„Mamo?”
Pani Margareta otworzyła oczy. Po raz pierwszy od tygodni jej wzrok był jasny.
„Aleksandrze…” wyszeptała. „Już nie boli”.
W pokoju zapadła ciężka, niewiarygodna cisza.
Aleksandr pozostał nieruchomy, jakby bał się, że jakikolwiek ruch może zepsuć tę chwilę.
— Co… co zrobiłeś? — zapytał ochryple.
Zoe rozłożyła szalik. W środku znajdował się mały, stwardniały kawałek, niczym sucha skorupa, szarego koloru.
— To — powiedziała po prostu. — Czasami tak się zdarza. Z powodu głęboko skrywanych urazów, stresu, strachu. W naszym kraju nazywamy to „guzkiem w głowie”.
Alexandru z trudem przełknął ślinę. Wszyscy lekarze, wszystkie maszyny, miliony wydanych lei… i nikt tego nie widział.
W ciągu następnych dni pani Margareta całkowicie wyzdrowiała. Jadła, spała, śmiała się. Lekarze nie tłumaczyli jej zmiany. Alexandru nawet nie próbował im tego tłumaczyć.
Pewnego ranka wezwała Zoe do gabinetu. Położyła na stole grubą kopertę.
— Oto 50 000 lei — powiedział. — Za to, co zrobiłeś.
Zoe spojrzała na kopertę, a potem na niego.
— Proszę pana, postąpiłam humanitarnie. To wszystko.
Aleksandru uśmiechnął się po raz pierwszy od dawna.
— To zostań z nami — powiedział. — Ale nie jako służąca. Jako członek rodziny.
Zoe uroniła łzę.
A Aleksandru w końcu zrozumiał prostą rzecz: nie wszystko, co leczy, można kupić za pieniądze. Czasami rozwiązanie przychodzi z najmniej oczekiwanej strony, z czystego serca i wiary starej jak świat.