W Waszyngtonie wrze jak nigdy wcześniej. Wystarczyło kilka wpisów i decyzji, by rozpętać polityczną burzę, która może zakończyć się jednym z najbardziej dramatycznych scenariuszy w historii USA.
Wszystko zaczęło się od ostrych deklaracji Donalda Trumpa dotyczących konfliktu z Iranem. W swoich wpisach zasugerował możliwość katastrofalnej eskalacji, a według doniesień pierwsze uderzenia miały dotyczyć strategicznych celów związanych z eksportem ropy. Jego słowa o możliwym „końcu cywilizacji” wywołały szok nie tylko na świecie, ale przede wszystkim w amerykańskiej polityce.
Największe zaskoczenie przyszło jednak z własnego obozu. Marjorie Taylor Greene – dotąd jedna z najwierniejszych sojuszniczek – publicznie zaapelowała o użycie 25. poprawki do Konstytucji USA, która umożliwia odsunięcie prezydenta od władzy. Nazwała sytuację wprost „złem i szaleństwem”, co pokazuje skalę pęknięcia wśród Republikanów.
Z kolei Demokraci nie kryją już niczego. Chuck Schumer określił prezydenta jako osobę „ciężko chorą”, a Joaquin Castro wprost wezwał rząd do natychmiastowego działania. Głosy o impeachmentcie i odsunięciu Trumpa od władzy płyną dziś z niemal każdej strony sceny politycznej.
Presja rośnie z godziny na godzinę. Ed Markey zapowiedział poparcie dla każdej możliwej ścieżki usunięcia prezydenta, a Eric Swalwell stwierdził, że jeśli Kongres nie zadziała, obowiązek ten spoczywa na samym gabinecie.
Problem w tym, że uruchomienie 25. poprawki nie jest proste – wymaga zgody wiceprezydenta i większości członków rządu. Mimo to po raz pierwszy od lat mówi się o tym scenariuszu tak otwarcie i na tak szeroką skalę.
Sytuacja rozwija się dynamicznie, a stawką jest nie tylko przyszłość jednej prezydentury, ale potencjalnie bezpieczeństwo całego świata.