Kiedy napisy się skończyły, spojrzałam na Elenę.
Patrzyła na Andrieja.
Miała ten wyraz twarzy, jaki mają ludzie, kiedy myślą, że nikt ich nie widzi: łagodny, otwarty, trochę smutny.
— Powinnam iść — powiedziała cicho.
— Jest prawie dziesiąta — powiedziałam. — A do Bukaresztu masz prawie godzinę.
— Nic mi nie jest.
— Elena… Kanapa się rozkłada. Wiesz, gdzie są koce. Nie ma sensu jechać nocą, skoro musisz tu być jutro o dziewiątej.
Spojrzała na mnie przez kilka sekund.
— Dobrze — powiedziała. Dziękuję.
Położyłam Andrieja do łóżka.
Przygotowałam kanapę.
Położyłam koc na jej ramieniu, nie robiąc wielkiego zamieszania.
Pożegnaliśmy się.
Poszłam do sypialni i siedziałam chwilę w ciemności, wpatrując się w sufit.
W końcu zasnęłam.
CZĘŚĆ 3: PO PÓŁNOCY
Obudziłam się o 00:40.
To dla mnie nic niezwykłego.
Odkąd urodził się Andriej, mam lekki sen.
Od lat nasłuchuję w nocy wszelkich dźwięków.
Leżałam nieruchomo w łóżku przez kilka sekund.
W domu było cicho.
Za cicho.
Potem usłyszałam to ponownie.
Cichy dźwięk z salonu.
To nie był telewizor.
To nie były kroki.
To był… głos.
Powoli wstałam i otworzyłam drzwi sypialni na tyle, żeby lepiej słyszeć.
Światło w salonie było zgaszone.
Ale Elena rozmawiała.
Przez telefon.
Nie mówiła głośno. Prawie szeptała.
„Nie mogę… nie teraz…” powiedziała.
Zapadła cisza.
— Mówiłam ci, że idę tylko do Andrieja.
Cisza.
Potem:
— Nie, nie chcę pieniędzy.
Poczułam ucisk w żołądku.
Pieniądze?
— Powiedziałam, że nie chcę pieniędzy — powtórzyła. — Niczego od ciebie nie chcę.
Jej głos drżał.
Nie chciałam podsłuchiwać. Naprawdę nie chciałam.
Ale się nie ruszyłam.
— Przestań dzwonić — powiedziała w końcu. Koniec.
Rozłączyła się.
Minęło kilka sekund.
A potem usłyszałam coś, co uderzyło mnie prosto w pierś.
Elena zaczęła płakać.
Nie tak głośno.
Ale to ciche łkanie, takie, w którym ktoś stara się nie wydawać dźwięku.
Siedziałam tam w ciemności przez kilka minut.
Potem wyszłam.
Siedziała na kanapie, z łokciami na kolanach i twarzą ukrytą w dłoniach.
Kiedy mnie zobaczyła, szybko otarła oczy.
— Przepraszam… obudziłem cię?
— Kto to był? — zapytałem.
Zawahała się.
Bardzo.
Potem głęboko odetchnęła.
— Mój ojciec.
Nie spodziewałem się tego.
— Co się stało?
Spojrzała w podłogę.
— Jego firma popadła w długi. Zaciągnął kilka pożyczek… jakieś papiery dłużne… i teraz nie może ich spłacić.
— I?
— I myśli, że powinienem mu pomóc.
— Ile?
Zaśmiała się krótko.
— Prawie 90 000 lei.
Zaniemówiłem.
— Nie mam takich pieniędzy, Mihai — powiedziała cicho. Ani trochę.
Cisza między nami stała się ciężka.
Potem zapytałem o coś, czego też nie planowałem powiedzieć.
— Po co właściwie przyszedłeś?
Spojrzała w górę.
Jej oczy były zaczerwienione.
— Bo… nie wiedziałam już, dokąd iść.
To nie była odpowiedź, której się spodziewałam.
— Nie dla pieniędzy — dodała szybko. — Nigdy bym tego nie zrobiła.
I wtedy coś zrozumiałam.
Nie przyszła po pomoc.
Przyszła po spokój.
Do miejsca, gdzie kiedyś życie było proste.
Usiadłam w fotelu naprzeciwko niej.
Żadne z nas się nie odezwało.
W pewnym momencie powiedziałam:
— Idziemy rano do banku.
Podniosła wzrok.
— Co?
— Mam trochę oszczędności. Nie 90 000… ale wystarczająco dużo, żeby odłożyć problem do czasu, aż ona znajdzie rozwiązanie.
— Nie mogę tego zaakceptować.
— To nie dla niego — powiedziałam. To dla ciebie.
Długo milczała.
Potem znowu zaczęła płakać.
Tym razem się nie kryła.
Poranek nadszedł szybciej, niż się spodziewaliśmy.
Andriej wszedł do kuchni w piżamie i zapytał, czy możemy zrobić naleśniki.
Elena się roześmiała.
Ten śmiech.
Po raz pierwszy od dawna nie ścisnął mnie za pierś.
To mnie rozgrzało.
Usmażyłam naleśniki.
Usiedliśmy przy stole.
Rozmawialiśmy o szkole, dinozaurach i niedzielnym meczu piłki nożnej.
Życie, przez kilka godzin, znów było proste.
W drodze do banku, Elena wyjrzała przez okno i powiedziała cicho:
— Wiesz… to nie pieniądze mnie najbardziej przerażały.
— A potem co?
Odwróciła się do mnie.
— Że jeśli wszystko się kompletnie rozpadnie… nie będę miała gdzie czuć się jak w domu.
Uśmiechnęłam się lekko.
— Elena…
— Tak?
— Ten dom został kupiony dla trzech osób.
Nic nie powiedziała.
Ale na sekundę wzięła mnie za rękę.
I w tym momencie wiedziałem już coś na pewno.
Mur, który budowałem przez dwa lata…
Runął się.
Ale po raz pierwszy przestałem się go bać.