W tym momencie w sali zapadła cisza.
Członkowie komisji spojrzeli po sobie zdezorientowani. Ale ja już nic nie słyszałam. Czułam się, jakby ktoś zadzwonił mi w piersi dzwonkiem.
Jego głos.
Był taki sam.
Przyjrzałam mu się bliżej.
Sposób, w jaki lekko uniósł brwi. Sposób, w jaki uśmiechnął się tylko z ukosa. To spokojne spojrzenie, które zdawało się prześwietlać człowieka na wylot.
Dreszcz przebiegł mi przez całe ciało.
— Andriej…? — wyszeptałam mimowolnie.
Po sali przeszedł szmer.
Dyrektor generalny zrobił krok naprzód. Jego oczy rozbłysły.
— Więc nadal pamiętasz.
Nie mogłam już nic powiedzieć. Czułam się, jakbym nagle wróciła na plac zabaw z dzieciństwa, z posiniaczonymi kolanami i włosami spiętymi w dwa warkoczyki.
— Ty… czy ty jesteś Andriej? — zapytałam, niemal bez tchu.
Zaśmiał się cicho.
— We własnej osobie.
Komisja rekrutacyjna była kompletnie zdezorientowana.
— Dyrektorze… zna pani kandydatkę? — zapytał jeden z nich.
Andriej odchrząknął i odwrócił się do nich.
— Niestety dla niej… Znam ją odkąd miała siedem lat i płakała, że chce mnie poślubić.
Na korytarzu rozległ się gromki śmiech.
Poczułam, jak pieką mnie policzki.
— Proszę kontynuować rozmowę — powiedział spokojnie, siadając na końcu stołu.
Potem znowu na mnie spojrzał.
Jego spojrzenie było teraz zupełnie inne. Cieplejsze. Bardziej osobiste.
Pytania trwały. Odpowiadałam najlepiej, jak potrafiłam, ale w głowie miałam mętlik.
W końcu jeden z członków komisji zamknął teczkę.
— Dziękuję, młoda damo. Poinformujemy panią o wyniku.
Skinęłam głową i wstałam.
Kiedy dotarłam do drzwi, zatrzymał mnie głos Andrieja.
— Pani… proszę zostać jeszcze chwilę.
Komisja się wycofała, a sala opustoszała.
Byliśmy tylko we dwoje.
Przez kilka sekund nic nie mówił. Po prostu na mnie patrzył.
— Dorosłaś — powiedział w końcu.
Zaśmiałam się nerwowo.
— Chyba to było nieuniknione.
Uśmiechnął się.
— Pamiętasz, co mi powiedziałaś, kiedy miałaś siedem lat?
— Niestety… tak.
— Nigdy nie zapomniałam.
Mrugnęłam ze zdziwienia.
— Naprawdę?
— Bardzo poważnie.
Wstał i podszedł bliżej.
— Kiedy wychodziłam z osiedla, płakałaś przy bramie. Widziałam cię z rogu ulicy.
Poczułam, jak ściska mnie w gardle.
— Wtedy powiedziałam coś do siebie.
— Co?
Uśmiechnął się lekko.
— Jeśli ta mała dziewczynka naprawdę dorośnie i stanie się mężczyzną, którego obiecała… to pewnego dnia znów się spotkamy.
Zaniemówiłam.
— I zostałeś prezesem… — mruknęłam.
— Po ciężkiej pracy.
Zamilkł.
— I wylądowałeś tutaj.
Spojrzeliśmy na siebie w milczeniu.
Potem powiedział spokojnie:
— A tak przy okazji, dostałeś rozmowę kwalifikacyjną.
Mrugnęłam ze zdziwienia.
— Co?
— Czy cię zatrudnili?
Wybuchnęłam śmiechem.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
Potem zrobił kolejny krok bliżej.
— Ale jest jeszcze jedno pytanie.
Moje serce znów zaczęło bić jak szalone.
— Które?
Uśmiechnął się tak samo, jak wtedy, gdy był dzieckiem.
— Ten, który założyłeś pierwszy.
Poczułam, jak pieką mnie policzki.
— Andriej…
— Tak?
— Chyba muszę się jeszcze trochę nauczyć… zanim to nastąpi.
Zaśmiał się.
— Tak mówiłeś, kiedy miałeś siedem lat.
Oboje zaczęliśmy się śmiać.
I w tym momencie uświadomiłem sobie coś prostego, a zarazem potężnego.
Czasami obietnice z dzieciństwa to nie tylko marzenia.
Czasami dorastają razem z tobą.
A pewnego dnia… czekają na ciebie tuż przed drzwiami rozmowy kwalifikacyjnej.CategoriesUncategorized