Vera nie odpowiedziała mu od razu. Zdjęła płaszcz, powoli go powiesiła i usiadła na krześle, jakby nic się nie stało.
Ale w jej wnętrzu nie było już spokoju.
Cały dzień, wśród książek, katalogów i akt, czuła coś przytłaczającego. Nie żal. Nie strach. Coś innego. Jakby jej życie, dotąd proste i przewidywalne, zostało lekko zachwiane w posadach.
„Mówię, że to nie twoja sprawa” – mruknęła Luminita. „Ludzie tak nie robią. Nikt już tego nie robi w dzisiejszych czasach”.
Vera wzruszyła ramionami.
„Może dlatego wszystko układa się tak, jak się układa”.
Ale jej słowa nie miały już tej samej pewności, co dziś rano.
W kolejnych dniach wszystko wydawało się normalne. A jednak tak nie było.
We wtorek do biblioteki przyszło dwóch policjantów. Zadali kilka pytań. Koledzy zaczęli szeptać.
W środę kobieta zapytała ją wprost:
— Czy to pani ma pieniądze?
Vera skinęła głową.
W spojrzeniu kobiety nie było podziwu. Było w nim niezrozumienie. Prawie wyrzut.
W czwartek zadzwonił telefon w domu.
Nieznany numer.
— Halo?
Cisza.
Potem się rozłączył.
Vera pozostała ze słuchawką w dłoni, czując ucisk w żołądku.
Tej nocy znowu nie spała.
W piątek, około godziny siódmej wieczorem, gdy podgrzewała zupę na kuchence, ktoś zapukał do drzwi.
Nieśmiało.
Zdecydowanie.
Zamarła.
Zapukała ponownie.
— Kto tam?
— Dobry wieczór… — męski głos. Zmęczony. — Przepraszam… czy pani jest panią Călinescu?
Vera powoli otworzyła drzwi.
W drzwiach stał mężczyzna około czterdziestki. Obok niego stała mała dziewczynka w różowym kapeluszu nasuniętym na oczy.
Mężczyzna trzymał w ręku notes.
Z narysowanym słońcem.
Vera poczuła, jak zapiera jej dech w piersiach.
— Czy to… twoja torebka?
Skinął głową.
— Poszłam na policję. Powiedzieli mi, że znalazłaś torebkę.
Cofnęła się o krok.
— Proszę…
Weszli. Dziewczynka nie wydała ani jednego dźwięku. Tylko patrzyła.
Mężczyzna przeczesał dłonią włosy.
— Pieniądze… były na jej operację — powiedział powoli. — Zebrane przez dwa lata. Straciłam je… Myślałam, że to już koniec.
Vera poczuła, jak jej oczy wilgotnieją.
— Jestem na policji. Odzyskaj je…
Skinął głową.
— Odzyskałem je dzisiaj.
Przez chwilę milczał.
Potem wyjął kopertę.
— To dla ciebie.
Vera instynktownie się cofnęła.
— Nie… nie trzeba.
— Proszę — powiedział. — To nie zapłata. To… dziękuję.
Dziewczynka podeszła do niej i podała jej coś.
Rysunek.
Słońce.
— Tata powiedział, że nas uratowałeś — wyszeptała.
Wtedy, po raz pierwszy w tamtych dniach, Vera zrozumiała.
Nic nie straciła.
Nie oddała 93 000 zl.
Wygrała coś, czego nie dało się przeliczyć na banknoty.
I tej nocy znów spała spokojnie. Bez snów.CategoriesUncategorized