Wrócił z Włoch udając, że dotarł do drewnianej motyki

Drzwi nie zdążyły się całkowicie zamknąć, gdy pierwszy samochód zahamował tak gwałtownie, że wszyscy na ulicy odwrócili głowy. Cisza wsi została przerwana w jednej chwili.

Pani Carmen stała z ręką na bramie, zamarła. Rozalia ze strachem spojrzała przez ramię.

Drzwi otworzyły się niemal jednocześnie.

Z pierwszego samochodu wysiadło dwóch mężczyzn w garniturach, poważnych, o zimnych oczach. Z drugiego wysiadło dwóch kolejnych. A z ostatniego… wysiadł wysoki, dobrze ubrany młody mężczyzna o zdecydowanym spojrzeniu.

Sperantsa często mrugała. Rozpoznała go.

— Mamo… — powiedział, szybko się zbliżając.

Jej głos drżał.

To był Andriej. Jej najstarszy syn.

Na sekundę czas się zatrzymał.

Sperantsa zakryła usta dłonią, nie mogąc wykrztusić ani słowa.

— Ty…? — wyszeptała.

Andriej uśmiechnął się, ale jego oczy były wilgotne.

— Tak, mamo. Przyszedłem po ciebie.

Za nim stali wyprostowani pozostali mężczyźni, a jeden z nich trzymał grubą teczkę.

Pani Carmen zebrała się pierwsza.

— Kim pan jest? Co to za cyrk pod moją bramą? — zapytała, starając się panować nad sytuacją.

Jeden z mężczyzn zrobił krok naprzód i odezwał się spokojnie:

— Dzień dobry. Jesteśmy przedstawicielami firmy z Bukaresztu. Przyjechaliśmy rozwiązać sprawę prawną związaną z tą nieruchomością.

Rozalia zaśmiała się krótko.

— Jaką sprawę? Dom jest nasz.

Mężczyzna otworzył teczkę i wyjął kilka dokumentów.

— Według dokumentów dom został w całości wybudowany za pieniądze przesłane przez panią Sperantę Popescu. Istnieją wyraźne dowody przelewów i wstępnej umowy.

Pani Carmen zaczęła się niepokoić.

— A co jeśli? On przysłał pieniądze, ale ja zajęłam się domem!

— Proszę pani — kontynuował spokojnie mężczyzna — jest też umowa notarialna podpisana 23 lata temu, która stanowi, że nieruchomość należy do niego w całości.

Znów zapadła cisza, ale tym razem była ciężka.

Rozalia cofnęła się o krok.

— Nie… to niemożliwe…

Andriej podszedł do matki i położył jej rękę na ramieniu.

— Mamo, wiedziałem, że nie przyszłaś na próżno. Podejrzewałem, że chciałaś poznać prawdę.

Nadzieja spojrzała na niego, wciąż niedowierzająco.

— Ty… jak ty…?

— Skończyłem studia, mamo. Pracowałem. Odniosłem sukces. I nigdy nie zapomniałem, dla kogo poniosłeś tyle poświęceń.

Jego głos stał się silniejszy.

— Ale ty nawet niczego nie zniosłaś.

Mężczyzna z teczką przekazał dokumenty.

— Masz prawo eksmitować obecnych lokatorów albo postanowić inaczej.

Pani Carmen zaczęła drżeć.

— Sperantsa… mamo… nie rób tego…

Po raz pierwszy jej głos przestał być zimny. Była przerażona.

Sperantsa spojrzała na dom. Na ściany, okna, bramę.

Potem spojrzała na matkę.

Potem na Rozalię.

I w końcu na Andrieja.

Wzięła głęboki oddech.

— Nie chcę nikogo wyrzucać — powiedziała cicho.

Wszyscy byli zaskoczeni.

— Ale nic już nie pozostanie takie samo.

Podeszła do bramy i szeroko ją otworzyła.

— Ten dom… zamierzamy go sprzedać.

Rozalia wybuchnęła:

— Co?!

— A pieniądze — kontynuowała Sperantsa — trafią do moich dzieci i do domu, w którym tacy jak ja nie będą już trafiać na ulicę.

Zatrzymała się.

— Wyszłam z dołu. Wiem, jak to jest.

Pani Carmen zaczęła płakać.

Ale było za późno.

Andriej uśmiechnął się lekko i wziął ją za ramię.

— Chodź, mamo. Teraz wracamy do domu.

— Do domu? — zapytała.

— Tak. Do Bukaresztu. Gdzie czeka na ciebie nowe życie.

Sperantţa obejrzała się po raz ostatni.

Nie z żalem.

Ale ze spokojem.

Bo w końcu wszystko, co do niej należało… wracało do niej.

Leave a Comment