Mihai wszedł uśmiechnięty.
Ten idealny uśmiech, który pokazywał wszystkim.
Ale tym razem wyraźnie widziałam, co się za nim kryje.
Powoli odłożyłam słuchawkę, nic nie mówiąc.
— Z kim rozmawiałaś? — zapytał spokojnie.
— Z moją mamą — odpowiedziałam równie spokojnie.
Patrzyła na mnie przez kilka sekund, analizując mnie.
Potem skinął głową, zadowolony.
— Wszystko w porządku. Musisz teraz być cicho.
Podszedł do łóżka i ułożył moją poduszkę.
— Zajmę się wszystkim. Dokumentami, bankiem, domem… nie martw się.
Domem.
Znów to słowo.
Zamknęłam na chwilę oczy.
Nie po to, żeby się uspokoić.
Ale żeby nie zobaczył, że już się szykuję.
Bo w tym momencie coś się we mnie zmieniło.
Nie byłam już kobietą, która czekała na śmierć.
Byłam kobietą, która nie pozwoli nikomu ukraść jej życia… zanim się skończy.
Po jego wyjściu ponownie nacisnęłam przycisk.
Poprosiłam o wodę.
I papier.
I długopis.
Pielęgniarka przyniosła mi je, nie pytając o nic.
Zaczęłam pisać.
Żadnych testamentów.
Żadnych żalów.
Instrukcji.
Dla Any.
Dla prawnika.
Dla banku.
Za wszystko, co Mihai myślał, że dostanie bez trudu.
Spisywałam rachunki.
Kody.
Imiona i nazwiska.
A przede wszystkim –
Prawdę.
W tym samym czasie Ana była już w domu.
Później opowie mi, jak się tu dostała.
Jak poszedł prosto do biura Mihaia.
Jak otworzył szufladę, którą zawsze zamykał na klucz.
I jak znalazł dokładnie to, czego się spodziewałam.
Sfałszowane dokumenty.
Spreparowane papiery.
Skopiowane podpisy.
Jego plan był gotowy już dawno temu.
Nie czekał na moją śmierć.
Przygotowywał się do niej.
Kiedy wrócił do salonu, Mihai wydawał się spokojny.
Za spokojny.
— Jutro przyjdą jacyś ludzie, żeby omówić pewne sprawy — powiedział. — Lepiej to ustalić z wyprzedzeniem.
Skinąłem głową.
— Jasne.
Ale tej nocy wszystko się zmieniło.
Bo rano nie było żadnych „ludzi”.
Przyszła policja.
I prawnik.
I Ana.
Mihai już się nie uśmiechał.
Nie, kiedy zadawali mu pytania.
Nie, kiedy pokazywali mu dokumenty.
A już na pewno nie, kiedy zdejmowali mu kajdanki.
— Co to jest?! — krzyknął.
Ale w jego głosie zabrakło siły.
Po raz pierwszy wydawał się mały.
Wystraszony.
Dokładnie tak, jak powinno być.
Leżałam w łóżku, słaba, ale przytomna.
I spojrzałam mu w oczy.
— Chciałeś wszystkiego za szybko — powiedziałam mu.
Nie miał już nic do powiedzenia.
Po tym, jak wynieśli go z pokoju, zapadła cisza.
Ana podeszła do mnie.
— Postąpiła pani słusznie, proszę pani.
Uśmiechnęłam się słabo.
— Nie… Zrobiłam to, co musiałam.
Lekarz przyszedł kilka godzin później.
Z nowymi badaniami.
Z innym wyrazem twarzy.
„Okazuje się… że nie jest tak źle, jak myślałem” — powiedział.
Mrugnęłam.
„Co masz na myśli?”
„Wciąż mamy czas. Dużo więcej”.
Zamknęłam oczy.
Po raz pierwszy od dawna…
Nie ze strachu.
Ale z ulgi.
Bo czasami życie nie daje nam po prostu czasu.
Daje ci to również drugą szansę.
I nie zamierzałem jej zmarnować.