Chata skrzypiała przy każdym wietrze, a deszcz sączył się przez zardzewiałe kawałki blachy. Nocą chłód przenikał ich do kości, ale nikt nie narzekał. Nie mieli już gwoździ.
Ion budził się przed świtem, gdy wzgórze wciąż spowijała gęsta mgła. Zawiązywał pasek na znoszonej koszuli, brał kilof i zaczynał od nowa. Kamień po kamieniu. Bez przerwy. Bez litości dla własnego ciała.
Pewnego ranka kilof uderzył w coś innego. Nie w suchy kamień. W głuchy odgłos. Kopał gołymi rękami, a spod warstwy głazów wyłoniła się czarna, mazista ziemia.
— Marie!
krzyknął drżącym głosem.
Kobieta przybiegła. Uklękła obok niego i dotknęła palcami ziemi.
— Dobrze…
wyszeptała.
Tego dnia Ion nie czuł już zmęczenia. Pracował do późnej nocy. Następnego dnia znalazł kolejną działkę. A potem kolejną. Wzgórze nie umarło. Zostało tylko pogrzebane z powodu zaniedbania.
Zaczęli systematycznie sprzątać. Układali duże kamienie jeden na drugim, budując mur. Z innych kamieni zrobili fundament. Miejsce zmieniało się co tydzień.
Maria przyniosła nasiona od sąsiada. Cebulę. Ziemniaki. Kukurydzę. Sadzili z obawą, ale i nadzieją.
Pierwszy obfity deszcz spadł w niedzielę. Stali pod okapem i patrzyli, jak ziemia pochłania wodę. Dwa tygodnie później pojawiły się pierwsze zielone pędy.
Maria płakała. Tym razem z radości.
Wiadomość szybko rozeszła się po wioskach. Ludzie zaczęli wspinać się na wzgórze, zdumieni.
— Kto by pomyślał…
— Z tych kamieni?
Ion nic nie powiedział. Pracował.
W ciągu jednego roku mieli ogród. W ciągu dwóch lat mieli zwierzęta. Kozę, potem dwie. Sprzedawali mleko. Odkładali pieniądze. Niewiele, ale uczciwie.
Pewnej jesieni przechodził tamtędy bojar Gheorghe, zaciekawiony. Zobaczył mały dom, kamienny mur, bujny ogród.
Wysiadł z samochodu i rozejrzał się.
— Wygląda na to, że zrobiłeś coś z niczego, Ioane.
Ion spojrzał mu prosto w oczy. Po raz pierwszy.
— To nic, bojarze. To była praca.
Nie powiedział nic więcej. Nie musiał.
Kiedy bojar odszedł, Maria wzięła go za rękę.
— Widziałeś?
— Widziałem — powiedział Ion.
Tego wieczoru siedzieli na ganku i obserwowali zachód słońca nad wzgórzem, które nie było już jałowe.
Ion wiedział jedno na pewno: to nie ziemia czyniła go bogatym, ale jego godność. I nikt nie mógł mu jej odebrać.