Jarosław Kaczyński jest przekonany, że 2027 rok będzie należał do niego. W jego wizji — która coraz częściej przebija się w wypowiedziach i działaniach PiS — powrót do władzy oznacza nie tylko polityczny rewanż, ale też osobiste rozliczenia z przeciwnikami. Jedna przeszkoda jednak wciąż stoi na drodze: Sławomir Mentzen i Konfederacja.
Choć rządy koalicji KO, Lewicy, PSL i Polski 2050 miały być groźbą dla PiS, paradoksalnie stały się dla Kaczyńskiego źródłem nowej energii. Ich wewnętrzne spory, słaba komunikacja i niespełnione oczekiwania wyborców sprawiły, że elektorat PiS pozostał zwarty. W oczach Kaczyńskiego wszystko idzie zgodnie z planem. Wszystko — poza jednym: Konfederacja nie tylko przetrwała, ale rośnie w siłę.
W wyborach prezydenckich Mentzen zdobył niemal 15% głosów w I turze, a jego elektorat przesądził o zwycięstwie Karola Nawrockiego. To nie spodobało się Kaczyńskiemu. Teraz prezes PiS otwarcie atakuje Mentzena, oskarżając go o układy z Tuskiem i rozbijanie jedności prawicy. Dlaczego? Bo Kaczyński wie, że jeśli Konfederacja utrzyma obecne poparcie, PiS może zapomnieć o samodzielnych rządach.
Mentzen z kolei gra va banque. Nie zamierza się podporządkowywać Kaczyńskiemu ani iść do wyborów w jednym bloku. Liczy, że bezkompromisowe starcie z prezesem PiS pozwoli mu umocnić swoją pozycję i przyciągnąć młodszy, bardziej radykalny elektorat. A przy okazji — wybić się jako lider nowej generacji prawicy.
To właśnie ten pojedynek, a nie starcie PiS z KO, może przesądzić o przyszłości polskiej polityki. Jeśli Kaczyński nie zneutralizuje Mentzena, jego sen o politycznym dziedzictwie może skończyć się szybciej, niż myśli.