Nowy plan pokojowy dla Ukrainy, zaproponowany przez administrację USA i wynegocjowany częściowo z Rosją, wywołał polityczne trzęsienie ziemi w Europie. Powód? Ani Ukraina, ani państwa Unii Europejskiej nie zostały włączone w rozmowy. Co gorsza, propozycja zakłada ustępstwa terytorialne na rzecz Rosji, ograniczenie ukraińskiego potencjału militarnego oraz rezygnację z aspiracji do NATO. To warunki, które Bruksela odrzuca stanowczo i jednomyślnie.
Podczas spotkania unijnych ministrów spraw zagranicznych 20 listopada w Brukseli, emocje sięgały zenitu. Kaja Kallas, szefowa unijnej dyplomacji, zaznaczyła, że jakiekolwiek rozmowy pokojowe muszą opierać się na konsensusie z Ukrainą i Europą. – W tej wojnie jest tylko jeden agresor – Rosja. Nie widzimy żadnych ustępstw z jej strony – podkreśliła.
W podobnym tonie wypowiedział się polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. – To nie zdolność do obrony ofiary powinna być ograniczana, tylko zdolność do agresji agresora – zaznaczył, stanowczo krytykując ideę rozbrojenia Ukrainy w imię „pokoju”.
Francuski szef MSZ również nie gryzł się w język. – Chcemy pokoju, ale nie kosztem kapitulacji. To nie jest pokój, to dyktat – powiedział, jasno stawiając granice.
W Brukseli dominuje przekonanie, że gwarancją pokoju musi być pełna suwerenność Ukrainy – z kontrolą nad własnym terytorium, prawem do samodzielnych decyzji militarnych oraz dalszą integracją z Zachodem. Tymczasem nowy plan USA zdaje się te zasady kwestionować.
Mimo niezadowolenia, Europa wstrzymuje się z bezpośrednią krytyką USA. Dyplomaci mówią wprost: celem jest utrzymanie dialogu z Donaldem Trumpem, który może być kluczowy dla dalszego wsparcia Ukrainy. Pamiętając doświadczenia z negocjacji handlowych, unijne stolice liczą, że cierpliwość i stanowczość pozwolą wpłynąć na zmianę amerykańskiego podejścia.
Na razie jednak jedno jest pewne – Europa nie zamierza zgadzać się na jakikolwiek „pokój”, który oznaczałby upokorzenie Ukrainy i nagrodzenie agresora.