Charlotte w Karolinie Północnej stało się epicentrum kontrowersyjnych działań amerykańskich służb imigracyjnych. Naloty prowadzone w ramach polityki Donalda Trumpa doprowadziły do zamknięcia lokalnych firm, pustek na ulicach i atmosfery strachu. Pierwszego dnia operacji piekarnia Manolo’s, działająca nieprzerwanie od 28 lat, zamknęła się „do odwołania”. Jej właściciel nie chciał narażać klientów, którzy – jak mówi – „znikali z ulicy, zakuci w kajdanki”.
Nie tylko piekarnie, ale także pralnie, restauracje i firmy budowlane ograniczyły działalność lub całkowicie ją zawiesiły. W niektórych dzielnicach całe ulice świecą pustkami. Ludzie boją się wychodzić z domów, nawet jeśli mają legalny status – w obawie przed pomyłką.
Według danych, imigranci to filar lokalnej gospodarki – stanowią 12% siły roboczej w stanie, a ich wkład podatkowy liczony jest w setkach milionów dolarów. Mimo to, działania federalne uderzają właśnie w nich – i w setki tysięcy małych przedsiębiorców, którzy teraz liczą straty i domagają się rekompensaty od rządu.
Tymczasem zarzuty o brutalność służb i rasowe profilowanie tylko pogłębiają napięcia. – „To wyglądało jak porwanie na środku dnia” – relacjonuje jedna z mieszkanek.