Komedia czy tragedia? Kulisy złotego funduszu, w którym każdy grał pierwsze skrzypce

Gdyby ktoś chciał napisać współczesną tragedię polityczną, historia Funduszu Sprawiedliwości miałaby wszystko: barwne postaci, absurdalne zwroty akcji i gigantyczne emocje. Ale jak słusznie zauważa Katarzyna Kasia – prawda bywa tak niewiarygodna, że nikt by w nią nie uwierzył, gdyby trafiła na scenę teatralną.

Oto posłanka Maria – według relacji, kluczowa postać w spektaklu rozdawnictwa pieniędzy z funduszu. Zapewnia, że nie przywłaszczyła „ani złotóweczki”, ale wszystkie środki trafiały… do jej okręgu. W tle pojawia się też kapłan z Torunia, który w imię „dzieł” i hasła „alleluja i do przodu” zasilał konta kościelnych inicjatyw, choć trudno je połączyć z pomocą dla ofiar przestępstw.

A potem wchodzi on – szeryf. Człowiek z legendy, mistrz retoryki, rozdający publiczne środki z lekkością iluzjonisty. I choć jego broń błyszczy na pośladku, to odwaga znika, gdy trzeba stawić czoła zarzutom. Ucieczka za granicę nie pasuje do jego narracji, ale może właśnie dlatego całość nie przypomina klasycznej tragedii — raczej groteskową farsę, w której katharsis nie następuje.

Mimo wszystko to dopiero początek historii. W tle znikające miliony, milczący chór i widz, który nie wie już, czy ma się śmiać, czy płakać.

Leave a Comment