Białoruski reżim ponownie wykorzystuje więźniów politycznych jako kartę przetargową w negocjacjach z Zachodem. Aleksander Łukaszenko ułaskawił 123 osoby, w tym cudzoziemców, ale eksperci ostrzegają – to nie gest dobrej woli, a zimna kalkulacja, która może umocnić jego władzę.
Wśród wypuszczonych znaleźli się znani opozycjoniści z czasów protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2020 roku. Maria Kalesnikawa, charyzmatyczna liderka opozycji, która przed aresztowaniem zjednoczyła tłumy. Wiktar Babaryka – były bankier z Gazpromu i kandydat na prezydenta, który został pozbawiony majątku i osadzony. Paweł Siewiaryniec – weteran białoruskiej opozycji, oraz Aleś Bialacki – obrońca praw człowieka i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2022 roku.
Zwłaszcza uwolnienie Bialackiego miało polityczne znaczenie – według źródeł zbliżonych do Białego Domu, ten gest mógł mieć wpływ na decyzję Donalda Trumpa o złagodzeniu sankcji wobec Mińska.
Nie wszyscy jednak zostali objęci łaską – wciąż w łagrze przebywa m.in. Andrzej Poczobut, znany działacz polskiej mniejszości narodowej. Jego dalsze uwięzienie jest postrzegane jako akt presji wobec Warszawy.
Choć zachodnie stolice rozważają reakcje na gest Łukaszenki, wielu komentatorów uważa, że to kolejna zagrywka mająca na celu osłabienie sankcji, bez realnych reform wewnętrznych. Białoruska opozycja na emigracji apeluje, by nie dać się zwieść pozorom i utrzymać presję na reżim.