Dwa lata po powołaniu rządu Donalda Tuska widać, że jego styl sprawowania władzy różni się od tego z lat 2007–2015. Premier zbudował nową, wielowarstwową strukturę kierowania państwem — bardziej skomplikowaną niż wcześniej i opartą na szerokiej koalicji czterech partii.
To nie jest rząd, w którym decyzje zapadają jedynie na szczycie — wiele wskazuje na to, że wewnętrzna hierarchia i presja na rezultat sprawiają, iż nawet najbardziej zaufani ministrowie muszą być wyjątkowo ostrożni. Według rozmówców, widać to czasem podczas posiedzeń Rady Ministrów, gdzie atmosfera potrafi być napięta, a błędy rzadko są tolerowane.
Nowa „architektura władzy” Tuska to nie tylko zmiana ludzi czy nazw resortów — to przemodelowany mechanizm decyzyjny, który ma działać szybko i skutecznie, ale też wprowadza większą kontrolę nad działaniami ministrów. Premier nie ogranicza się wyłącznie do formalnych kompetencji — jego wpływ na rządową agendę jest dziś znacznie bardziej wyraźny niż w poprzedniej kadencji, a każdy ruch w koalicji uważnie waży się pod kątem konsekwencji politycznych.
Chociaż porównania z literaturą czy mitycznymi metaforami mogą wydawać się przesadzone, wiele wskazuje na to, że wejście do tej „nowej politycznej przestrzeni” wymaga od ministrów nie tylko kompetencji, lecz także wysokiej odporności i umiejętności poruszania się wśród nieprzewidywalnych napięć koalicyjnych.