Niegdyś postrzegany jako jeden z najbardziej proeuropejskich premierów w historii III RP, dziś Leszek Miller coraz częściej wypowiada się w tonie, który budzi niepokój nawet wśród jego dawnych współpracowników. W jednej z ostatnich wypowiedzi sam określił się mianem „ruskiej onucy” i zasugerował, że lepiej nią być niż „banderowskim pampersem”.
Te słowa padły w grudniu na kanale „Do Rzeczy”, gdzie Miller był gościem Piotra Szlachtowicza — skrajnie prawicowego publicysty znanego z kontrowersyjnych opinii. Były premier stwierdził, że Polska zapłaci za swoją „krótkowzroczność” wobec Ukrainy i powinna przygotować się na różne scenariusze – również takie, w których Rosja nie przegra wojny.
Skąd taki zwrot w narracji polityka, który kiedyś prowadził Polskę do UE? Rozmówcy z jego politycznego otoczenia mają różne teorie: jedni mówią o rozczarowaniu Donaldem Tuskiem, inni wskazują na kwestie rodzinne, jeszcze inni uważają, że Miller „zawsze miał prorosyjskie ciągoty, tylko teraz przestał je ukrywać”.
Choć jego słowa wywołują burzę w mediach społecznościowych, sam były premier nie wycofuje się z kontrowersyjnych opinii. Wręcz przeciwnie – wydaje się, że obecna rola outsidera i medialnego prowokatora odpowiada mu bardziej niż polityczny mainstream.