Gabriela szła powoli, z drewnianą ręką przyciśniętą do piersi, luźna sukienka ledwo zakrywała jej duży brzuch. Włosy miała luźno związane, a twarz opaloną, ale spokojną.
Radu pociągnął za lejce, nie zdając sobie z tego sprawy. Koń nagle się zatrzymał.
Walentyna natychmiast to zauważyła.
— Co się stało? — zapytała lekko zirytowana.
Radu nie odpowiedział. Po prostu patrzył przed siebie, z suchym gardłem i łomoczącym sercem.
Siedem miesięcy.
Tak wielki był jej brzuch.
Siedem miesięcy.
Zsiadł z konia niemal mechanicznie i podszedł kilka kroków bliżej.
— Gabriela…
Zatrzymała się. Nie odwróciła się od razu. Wzięła głęboki oddech, jakby szykowała się na burzę.
Kiedy się odwrócił, ich oczy się spotkały.
Nie było w nich gniewu.
Nie było wyrzutu.
Tylko stare zmęczenie i mnóstwo godności.
— Cześć, Radu — powiedział spokojnie.
Walentina również podeszła, patrząc zdezorientowana to na jednego, to na drugiego.
— Czy to twoje dziecko? — zapytał cicho Radu.
Gabriel odruchowo położyła rękę na brzuchu.
— Tak.
Jedno słowo.
Ale spadło jak błyskawica.
Radu poczuł, jak trzęsą mu się kolana.
— Czemu mi nie powiedziałeś?
Gabriel długo na niego patrzyła.
— Przyszłam. Zapukałam do twoich drzwi. Ale powiedziano mi, że nie chcesz mnie widzieć.
Walentina zamarła.
— Nie… Ja tylko… próbowała coś powiedzieć, ale Radu już jej nie słuchał.
— Pracowałeś sam? — zapytał, patrząc na drewno w jej ramionach.
— Zrobiłam, co musiałam — odpowiedziała po prostu Gabriela.
W tym momencie Radu zrozumiał.
Wszystkie jego marzenia o chwale, wszystkie jego plany, wszystkie jego interesy nie były warte siły kobiety przed nim.
— Zostaw las — powiedział. — Ja go zaniosę.
Gabriela zawahała się przez chwilę, po czym podała jej las.
Radu zaniósł las na podwórze, spojrzał na skromny dom, uprawną ziemię, kwitnące drzewa. Wszystko tętniło życiem. To prawda.
Walentyna została na drodze, zdając sobie sprawę, że jej świat się chwieje.
— Radu, musimy odejść — powiedziała chłodno.
Odwrócił się do niej.
— Ty jedź. Ja zostanę.
Walentyna zrozumiała. Nie powiedziała nic więcej. Wsiadła na konia i odjechała, nie oglądając się za siebie.
Radu wrócił do Gabrieli.
— Chcę tu być. Dla dziecka. Dla ciebie.
Gabriela spojrzała na niego uważnie.
— Nie dla mnie. Dla niego, jeśli naprawdę chcesz.
— Chcę.
Mijały miesiące.
Radu zaczął przychodzić codziennie. Pomagał. Na nowo nauczył się, co znaczy prawdziwa praca. Porzucił miasto. Sprzedał firmy. Wybrał inaczej.
Pewnej letniej nocy Gabriela urodziła zdrowego chłopca.
Radu płakał, trzymając go w ramionach.
Nie z powodu tego, co stracił.
Ale z powodu tego, co zyskał.
Czasami życie cię nie karze.
Zatrzymuje cię w czasie, żeby pokazać, co naprawdę się liczy.