Stałam tam, kolana mi miękły, a koła jego wózka skrzypiały coraz głośniej. Pracownik zapytał mnie, czy wszystko w porządku. Skinęłam głową, nie słysząc, co powiedział. Widziałam tylko jego plecy, lekko zgarbiony chód, zupełnie jak wtedy, gdy Ionuț był zmęczony.
Wyszłam z Carrefoura bez zakupów. Zimne powietrze uderzyło mnie w twarz, ale mnie nie obudziło. Widziałam, jak ładuje siatki do starej, szarej Dacii. Ionuț zawsze nienawidził starych samochodów. Mówił, że nie są bezpieczne. Jednak uruchomił silnik znajomym ruchem, tym samym, który wykonywał, gdy jechaliśmy na wieś.
Poszłam za nim. Nie wiem, skąd wzięłam na to siłę.
Ulice zlewały się w moich oczach. Zatrzymał się w dzielnicy starych bloków, na skraju miasta. Szary blok, z odpadającym tynkiem. Wszedł na drugie piętro.
Czekałam.
Nie wiem, jak długo.
Kiedy wyszedł, był już wieczór. Zobaczył mnie stojącą przy schodach i westchnął.
— Mówiłam pani…
— Proszę tylko o chwilę, powiedziałam. Tylko minutkę.
Zawahał się.
Potem otworzył drzwi mieszkania.
W środku pachniało prostym jedzeniem, smażonymi ziemniakami. Na stole leżał papier z długiem alimentacyjnym. Rozpoznałam pismo. Ionuța. Zaparło mi dech w piersiach.
— Skąd wiesz, jak tak pisać? — zapytałam.
Długo na mnie patrzył.
Po raz pierwszy niepewnie.
— Piszę tak, odkąd pamiętam.
Spojrzałam na niego. Na ścianie wisiało stare zdjęcie starszej kobiety. Jego matki. Nieżyjącej od dziesięciu lat. Łzy napłynęły mi do oczu, nie mogąc ich powstrzymać.
— Miała pani wypadek — powiedziałam cicho. — Uznano panią za zmarłą.
— Nie — powiedział. „Miałem wypadek, tak. Znaleźli mnie na poboczu drogi, bez żadnych dokumentów. Spędziłem miesiące w szpitalu. Nic nie pamiętałem”.
Zamilkł.
„Kiedy się ocknąłem, byłem inną osobą. A przynajmniej tak mi mówiono”.
Wyjąłem z torby akt zgonu. Przeczytał go. Trzęsły mu się ręce.
„Ja… ja byłem na własnym pogrzebie?” wyszeptał.
Potem się poddał.
Usiadł na krześle i objął twarz dłońmi.
Opowiedziałem mu wszystko. O wypadku, o zamkniętej trumnie, o krypcie. O tym, że nie chcieli mnie do niego wpuścić. O tym, że lekarz powiedział, że to zbyt poważne.
„Ktoś się pomylił” – powiedziałem. Albo ktoś skłamał.
W ciągu następnych dni prawda wyszła na jaw. Pomylono z nim mężczyznę bez rodziny, który zmarł w tym samym czasie. Błąd w dokumentach. Życie zapieczętowane w podpisie.
Kiedy wrócił do domu, do naszego mieszkania, patrzył na wszystko jak na sen. Dotknął stołu, łóżka, zdjęcia ślubnego. Oboje płakaliśmy.
— Nie wiem, czy jestem tą samą osobą — powiedział. — Ale chcę nią być.
To nie było łatwe. Musiał odzyskać swoją tożsamość, swoje imię, swoje życie.
Ale pewnego ranka obudził mnie tym samym ochrypłym głosem i powiedział:
— Eleno, jestem w domu.
Wtedy wiedziałam.
Śmierć go kiedyś zabrała.
Ale życie przywróciło go nam.