Taca lekko drżała w jej dłoniach.
Valeria cofnęła się o krok, potem o kolejny. Próbowała sobie wmówić, że to zbieg okoliczności. Zwykły zbieg okoliczności. Wiele osób ma tatuaże. Ale ta data… ta data nie była byle jaką datą. Znała ją na pamięć. Dzień, o którym jej matka nigdy nie wspominała.
„Wszystko w porządku?” Głos Stefana przeszył powietrze.
Valeria podniosła wzrok. Patrzył teraz na nią prosto, uważnie, nie z góry, nie z pogardą, ale jak człowiek, który zauważa coś, co się nie zgadza.
„Tak… to znaczy…” zaschło jej w ustach. „Przepraszam pana”.
Chciał się odsunąć, ale słowa wymknęły jej się z rąk, zanim zdążyła je powstrzymać.
„Proszę pana… moja matka ma ten sam tatuaż”.
W pomieszczeniu zdawało się panować cisza.
Stefan zamarł. Krew odpłynęła mu z twarzy, a ręka zawisła nad stołem. Matei przestał się śmiać.
— Co powiedziałeś? — zapytał cicho Stefan.
Valeria przełknęła ślinę.
— Róża wiatrów. Z tą samą datą. Moja mama nosiła ją na ramieniu, odkąd byłam mała.
Stefan nagle wstał. Krzesło zaskrzypiało na podłodze. Zrobił krok w jej stronę, a potem zatrzymał się, jakby bał się podejść za blisko.
— Jak ma na imię twoja mama? — jej głos drżał, choć starała się zachować spokój.
— Marina Roman — odpowiedziała.
Imię ciężko padło między nimi.
Stefan oparł się o stół. Przez chwilę silny, budzący strach mężczyzna wydawał się jedynie zmęczony.
— Marina… — powtórzyła. — Z Konstancy?
Valeria skinęła głową, nic nie rozumiejąc.
— Tak. Pracowała w porcie, w przeszłości. Potem zniknęła z czyjegoś życia. Tak powiedziała.
Stefan przyłożył dłoń do tatuażu, ściskając go z bólem.
— Tym razem — powiedział — to dzień, w którym ją straciłem.
Waleria poczuła, jak grunt usuwa jej się spod stóp.
Wyszli z niebieskiego salonu i weszli do małego gabinetu, z dala od oczu świata. Stefan mówił. O młodości. O wielkiej miłości. O kobiecie, która odeszła w ciąży, nie zostawiając śladu. O latach poszukiwań i milczenia.
Waleria słuchała, a łzy spływały jej po policzkach.
— Moja matka nigdy o nic nie prosiła — powiedziała cicho. — Po prostu pracowała. I mnie wychowała.
Stefan zamknął oczy.
— Jutro — powiedział stanowczo — pójdziemy do niej. A jeśli to, co czuję, jest prawdą… nie będziesz pracować ani jednego dnia za czynsz i strach.
Następnego dnia, w małym, zimnym mieszkaniu, Marina zakasała rękaw.
Tatuaż był tam.
Stefan padł na kolana.
Nie dla pieniędzy. Nie dla władzy.
Ale za te dwadzieścia kilka lat straconych.
I Waleria, po raz pierwszy w życiu, poczuła, że świat w końcu spłaca jej dług.