Korytarz hotelowy nagle wydał się zbyt ciasny dla Tomy. Ludzie przechodzili obok, wózki cicho skrzypiały po marmurze, ale dla niego wszystko brzmiało jak odległy szum, jakby pod wodą.
Irina skinęła dyskretnie recepcjonistce.
— Proszę anulować rezerwację pana Brîndușy. I zablokować użytą kartę.
— Oczywiście, proszę pani — odpowiedziała recepcjonistka, nie mrugając.
— Co ty robisz?! — wykrzyknął Toma. — Ośmieszasz mnie!
Irina spojrzała na niego spokojnie.
— Ty sam się ośmieszyłeś. Ja tylko włączyłam światło.
Nadia stała nieruchomo, trzymając torebkę w obu rękach.
— Ja… nie wiedziałam, że… — próbowała coś powiedzieć.
Irina obróciła się w jej stronę.
— Wiedziałaś wystarczająco dużo. Wiedziałaś, że jest żonaty. Wiedziałaś, że pieniądze nie należą tylko do niego. Ale to już nie mój problem.
Podsunęła jej kopertę.
— Tutaj są dowody. Wiadomości, rezerwacje, płatności. Zebrałam je cierpliwie. Nie po to, by robić skandal, lecz żeby mieć pewność.
Toma otworzył usta, ale nie wydobył się żaden dźwięk.
— Jutro rano mój prawnik się z tobą skontaktuje — kontynuowała Irina. — Rozwód będzie prosty. Bez krzyków. Bez scen. Dom zostaje mój. Firma zostaje moja. Konta… już je wystarczająco opróżniłeś.
— Nie możesz zabrać mi wszystkiego! — wykrzyknął.
— Mogę — powiedziała spokojnie. — Bo wszystko, co zbudowałeś, powstało na mojej pracy. Ja utrzymywałam dom. Ja inwestowałam. Ja sprawdzałam każdy grosz. Ty tylko kłamałeś.
Nadia zrobiła krok w tył.
— Toma… ja odchodzę.
I odeszła.
Sam, Toma poczuł po raz pierwszy prawdziwy strach.
Irina podeszła bliżej.
— Wiesz, co zabolało mnie najbardziej? — powiedziała. — Nie zdrada. To, że uważałeś mnie za głupią.
Odwróciła się i ruszyła w stronę prywatnej windy, zarezerwowanej dla kierownictwa.
Nazajutrz lokalna prasa pisała o „nowej właścicielce Hotelu Belmonte Central, dyskretnej i zdecydowanej bizneswoman”.
Toma czytał artykuł w wynajętym mieszkaniu, telefon pełen nieodebranych połączeń.
Irina siedziała w swoim biurze, patrząc na miasto z góry.
Po raz pierwszy od wielu lat panowała cisza.
I poczucie własnej siły, której nikt nie mógł jej odebrać.