Kasjer zamarł. Natychmiast rozpoznała kartę. Jej oczy rozszerzyły się, a palce lekko zadrżały nad klawiaturą.
Radu nadal się uśmiechał, przekonany, że to żart.
— Co to jest, pamiątka? — mruknęła.
Kasjer z trudem przełknął ślinę.
— Proszę pana… to karta do centralnego zarządzania.
Radu po raz pierwszy poczuł ukłucie w żołądku. Wziął kartę, spojrzał na nią, a potem odwrócił. Nazwisko było widoczne. Wyraźne. Bez wątpienia.
Andrei Mureșan — Dyrektor Generalny.
Prezes banku.
Uśmiech zniknął mu z twarzy, jakby ktoś przetarł go gąbką. Krew odpłynęła mu z policzków. Wokół niego ludzie zaczęli szemrać. Ktoś wyszeptał: „O mój Boże…”. Ktoś inny zakrył mu usta dłonią.
— To… to pomyłka — wyjąkał Radu.
Andrei wpatrywał się w niego.
— Nie. Błąd tkwił w twoim zachowaniu.
Zapadła cisza. Głucha cisza.
— Przyszedłem bez zapowiedzi — kontynuował Andriej. — Zazwyczaj tak robię. Lubię widzieć, jak traktują ludzi, kiedy nie sądzę, żeby ktoś ich obserwował.
Radu próbował coś powiedzieć. Nie udało mu się.
— Śmiałeś się z klienta — powiedział spokojnie Andriej. — Upokorzyłeś człowieka z powodu pozorów. W banku, który szczyci się „szacunkiem” i „bezpieczeństwem”.
Cofnął się o krok i spojrzał na ludzi w sali.
— Przepraszam w imieniu instytucji za to, co widziałeś.
Ludzie milczeli.
Andriej zwrócił się do kasjera.
— Proszę przetworzyć wypłatę. A potem zadzwonić do działu kadr.
Radu zrozumiał, zanim usłyszał werdykt.
Następnego dnia w banku pojawił się wewnętrzny komunikat. Kierownik Radu Salcudean nie był już członkiem zespołu. Powód: niedopuszczalne zachowanie wobec klientów.
Kasjerka została przeniesiona na lepsze stanowisko. Dostała też podwyżkę.
A Andrei Mureșan nadal przychodził bez zapowiedzi, od czasu do czasu, ubrany skromnie, w znoszonych butach.
Bo prawdziwa władza nie tkwi w garniturze, ale w sposobie, w jaki traktuje się tych, którzy nie mają nic do zaoferowania… poza godnością.