Ranek nadszedł szybko.
Za szybko.
Szare światło wpadało przez małe okno do mojego pokoju, a cisza w domu była przytłaczająca. Nie było dźwięku telewizora ani kroków wnuków. Tylko tykanie zegara ściennego, tego, który naprawiłem lata temu.
Włożyłem swoją elegancką koszulę. Tę niebieską, tę, którą nosiłem do kościoła w niedziele, kiedy jeszcze chodziłem.
Postawiłem walizki przy drzwiach.
Punkt o dziewiątej zadzwonił dzwonek do drzwi.
Cristina otworzyła pierwsza. Usłyszałem jej chichot.
— Co to jest…
Potem cisza.
Szybkie kroki.
— Andriej! krzyknęła. Chodź szybko!
Powoli wyszedłem z pokoju.
W korytarzu przy drzwiach stało dwóch mężczyzn w garniturach. Jeden trzymał grubą teczkę, drugi teczkę.
— Dzień dobry — powiedział jeden z nich. Szukamy rodziny Ionescu.
— To my — powiedział zdezorientowany Andriej. O co chodzi?
— Mamy tu oficjalne zawiadomienie dotyczące budynku.
Twarz Cristiny zbladła.
— Jakie zawiadomienie?
— Ten dom należy do pana Gheorghe Popy.
Cisza.
— Co pani ma na myśli? — wyjąkała. To nasz dom!
— Nie, proszę pani. Dom został kupiony cztery lata temu, w całości, za jej własne pieniądze. Umowa jest na nazwisko pana Popy.
Widziałam Andrieja opartego o ścianę.
— Tato… co to znaczy?
Zrobiłam krok naprzód.
— To znaczy, że kiedy się tu wprowadziłeś, pozwoliłem ci mieszkać bez czynszu. Płaciłeś za media. To wszystko.
— Dlaczego nic nie powiedziałeś? — wyszeptał Andriej.
— Bo byliście moją rodziną. Bo ci ufałem.
Cristina zaczęła krzyczeć.
— To niemożliwe! Gdzie mamy jechać? Mamy dzieci!
— Dokładnie, powiedziałam spokojnie. Masz dzieci.
— Też miałam syna.
— Miałam.
Mężczyzna z teczką kontynuował:
— Pan Popa postanowił sprzedać dom. Masz 30 dni na opuszczenie go.
Cristina opadła na krzesło.
— Prezent… wyszeptała. Czy to był ten prezent?
— Tak, Cristina.
Spojrzałam na Andrieja. Jego oczy napełniły się łzami.
— Tato… wybacz mi.
— Nie musisz mnie błagać. Musisz spojrzeć w lustro.
Wzięłam walizki.
— Dokąd idziesz? — zapytał.
— Do domu seniora w Braszowie. Czyste, ciche miejsce. Z ludźmi takimi jak ja.
Otworzyłam drzwi.
— Wiesz co, Andriej? Rodzina to nie ściany i pokoje. To szacunek.
Wyszedłem na zewnątrz.
Powietrze na zewnątrz pachniało deszczem.
Po raz pierwszy od dawna plecy zdawały się mnie nie boleć.
Szedłem prosto.
Swobodny.
I wiedziałem, że w końcu uszanowałem swoją wartość.