Tak — odpowiedziała Eliana czystym i stanowczym głosem. Nie spuszczając wzroku.
— Twoja matka zapewniła mnie w liście, że jesteś wzorową panną młodą: znasz trzy języki, grasz na pianinie i znasz wszystkie zasady etykiety.
Eliana uśmiechnęła się lekko, niespodziewanie w tym uroczystym miejscu.
— Moja matka, Wasza Wysokość, albo się myli, albo Cię oszukała. Nie dotykałam klawiszy pianina od dziesiątego roku życia. Zwykle czytam wiersze na głos, kiedy jestem sama, i robię to, jak twierdzą niektórzy, zbyt namiętnie. I… w ogóle nie umiem udawać.
Szejk zmarszczył brwi.
— Więc po co tu jesteś?
Eliana uniosła brodę, a w jej oczach rozbłysł błysk, którego szejk nie widział od dawna — płomień godności.
— Może nie mam tu żadnego celu — powiedziała cicho. „A może zostałem posłany, by przypomnieć ci, co znaczy patrzeć na mężczyznę, a nie na sojusz”.
Przez chwilę panowała całkowita cisza. Potem szejk wstał, powoli, niczym góra budząca się do życia. Podszedł do niej bez pośpiechu, a każdy jego krok rozbrzmiewał echem niczym bicie serca w rozległej pustce sali.
„Jesteś pierwszą kobietą, która ośmiela się tak do mnie mówić” – powiedział z nutą zdziwienia.
„Być może dlatego, że jestem pierwszą, która nie ma nic do stracenia” – odpowiedziała.
Tego wieczoru, gdy słońce chowało się za piaskiem, Eliana została sama w pałacowym ogrodzie. Wyglądało to jak senny zakątek – fontanny szepczące, róże pachnące kadzidłem i gwiazdy rodzące się jedna po drugiej na niebie. Tam, po raz pierwszy, poczuła, że cisza jej nie przytłacza, lecz słucha.
Następne dni były dziwne. Nikt jej nie powiedział, czy została przyjęta, czy nie. Zapraszano ją na królewskie obiady, ale zawsze siadała na końcu stołu, z dala od tronu. Widziała go tylko z profilu – zawsze obojętnego, zimnego, ale od czasu do czasu jego wzrok ją szukał.
Pewnej nocy nad pałacem przeszła burza piaskowa. Wiatr wył jak dzikie zwierzę, a pokojówki ukryły się, drżąc. Eliana wyszła na taras, nie wiedząc dlaczego. Widziała tylko ciemność, która wdzierała się wszędzie. Nagle ktoś chwycił ją za ramię i wciągnął do środka. To był on.
— Zwariowałaś? — krzyknęła, ale głos jej drżał.
— Może. Ale nie mogłam już dłużej ukrywać się przed życiem — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.
Po raz pierwszy szejk się uśmiechnął. Nie chłodno, nie ironicznie — ale ze zmęczeniem, po ludzku.
W kolejnych dniach zaczął zapraszać ją do biblioteki. Rozmawiali o poezji, o świecie zewnętrznym, o ludziach. Opowiedziała mu o deszczu, który pachnie zgniłą ziemią, o rumuńskich wioskach, gdzie starzy ludzie stoją w bramach i uśmiechają się do każdego przechodnia. Słuchał jej i, nie zdając sobie z tego sprawy, zaczął oddychać inaczej.
Pewnego wieczoru Eliana zapytała go:
— Czego najbardziej się boisz?
Długo milczał, po czym powiedział:
— Znów kochać.
Wyciągnęła rękę i położyła ją na jego dłoni.
— Czas więc stawić czoła swojemu lękowi.
Minął czas i zaczęły krążyć plotki: szejk, kamienny człowiek, zmieniał się. Nie był już zimny, nie był już odległy. Pałac ożywał, a ludzie się uśmiechali.
Pewnego ranka, przed całym dworem, padł przed nią na kolana, ubrany na biało, z oczami pełnymi blasku.
— Jesteś moim przeznaczeniem — wyszeptał do niej.
I wtedy wszyscy zrozumieli: kobieta, którą wyśmiali, stała się królową serca najpotężniejszego mężczyzny na pustyni.
A Eliana, dziewczyna, która nie umiała udawać, udowodniła, że prawda, wypowiedziana z godnością, może zwyciężyć nawet duszę zatwardziałą siłą.